czwartek, 14 stycznia 2016

Ochrona

- Kłamiesz - wyszeptał Atraviel, na przekór swoim słowom i sporej części siebie, tuląc się mocno do Nive.
Chłopak tak bardzo pragnął bliskości druida, tak bardzo chciał, żeby to co usłyszał było prawdą... przynajmniej ta pierwsza cześć, bo to co kończyło wypowiedź mężczyzny, rozdarło jego serce na dwoje. Dlaczego wszystko musiało się nagle stać takie trudne? Dlaczego tak bardzo musiało boleć? Choć raz wszystko mogłoby się tak zwyczajnie, po prostu poukładać. Ten jeden jedyny raz życie mogłoby oszczędzić mu musu wyboru.
- Nie waż się nawet tak myśleć - powiedział Nive ostro, ujmując twarz młodzieńca i zmuszając go, by na niego spojrzał. On sam także pragnął patrzeć mu w oczy. Te śliczne, błękitne studnie, pełne ciepła i pulsujące mocą, teraz zaczerwienione, popuchnięte od strug słonych łez.
Coś w sercu mężczyzny zakuło, zwinęło się, skręciło i opadło, ciążąc niesamowicie, gdy wpatrywał się w jasne źrenice w kolorze bezchmurnego nieba, z których wyzierał teraz ból. Tak bardzo pragnął, by znów na tym niewielkim niebie zaświeciło słońce, niosąc znów radość i ciepło. Nie wiedział jednak jak tego dokonać. Cóż miał zrobić? Co powiedzieć? Jakąkolwiek drogę by wybrał wydawała się ona tak samo zła jak wszystkie. Nie mógł zatrzymać tu Atraviela, widział przecież, że chłopak pragnie ruszyć... Nie mógł iść z nim nie narażając siebie i Ishar, a myśl o wypuszczeniu jasnowłosego samego... Ta myśl była czymś okropnym. Sprawiała, że Nive znów widział zwinięte w kłębek, słabe, poranione ciało jasnowłosego, leżące na brzegu rwącej rzeki. Widział znów powstrzymywane, perlące się łzy w kącikach jego oczu, gdy opowiadał o tym co przeżył, jak przyjął go świat i jak próbował zniszczyć to czym był. A przecież At był kimś zaiste pięknym, cudownym w swojej naturze, bogatym mocą magii i pragnieniem zrozumienia.
- Nigdy, przenigdy bym cię nie okłamał - dodał Nive, wciąż wpatrzony w swego kochanka, istotę tak mu drogą. - Nigdy - powtórzył i starł kciukiem łzę, która spłynęła po policzku Atraviela.
At odruchowo sięgnął do twarzy, starając się zetrzeć niechcianą wilgoć. Nie chciał, by druid widział go takiego, płaczącego, słabego i rozbitego. W końcu od zawsze musiał być silny. Od zawsze stał naprzeciw tego co zgotował mu los z tytułu samego jego urodzenia. Brak akceptacji, ukrywanie się, niechęć i pościgi, nawet opuszczenie domu. Wszystko to przyjął, być może z żalem ściskającym serce, ale dzielnie, nie pozwalając by go to złamało. A teraz? Pozwolił sobie na coś takiego. Cała jego siła nagle gdzieś zniknęła. Stał się chłopcem, który nie rozumiał dlaczego musi być sam. W pewnym sensie go to przeraziło... To jak szybko zdołał pokochać to miejsce, jak szybko zaczął być jego częścią i jak szybko Nive stał się częścią jego życia.
- Przepraszam - wybełkotał słabo, starając się zwalczyć szloch, który wrócił niespodziewanie, by targnąć znów jego ciałem wraz z tym, jak w jego myśli wkradło się poczucie winy. Zrozumiał jak pochopnie zareagował, a widok licznych rozcięć i zadrapać na ciele druida tylko bardziej utwierdziła go w przekonaniu, że zachował się jak głupiec. - Bardzo cię boli? - spytał, muskając opuszkami palców głębokiego rozcięcia, z którego sączyła się krew.
- Znam bardziej bolesne rzeczy - wyszeptał Nive czując znów ten ciężar na sercu. - Nie płacz, proszę - dodał, znów gładząc policzek kochanka.
- Nie płaczę! - burknął Atraviel stanowczo, wbrew sobie siąpiąc nosem i ocierając policzek. - Jest mi tylko zimno - dodał pospiesznie, pragnąć się usprawiedliwić.
Nive uśmiechnął się i szarpnął za swój skórzany płaszcz, by móc okryć nim i siedzącego mu na kolanach blondyna. Bez względu na to jak bardzo było mu niewygodnie, ile bólu sprawiały mu rany, nie potrafił zmusić się do tego, by wypuścić z objęć szczupłe, dygoczące wciąż ciało. Jego usta same znalazły usta Atraviela, by móc złączyć się z nimi w delikatnym, słodkim pocałunku. Oboje tego właśnie teraz potrzebowali. Znów czuć swoją bliskość i ciepło, znów być razem. Zgodni, spokojni, pewni tego, że jest między nimi coś, czego rozerwać już nie można, co z nimi zostanie, nawet jeżeli ich drogi miałby się rozejść.
Sama Ishar także tego potrzebowała. Chciała, by jej Serce i Słońce znów były razem, dając sobie wzajemnie siłę, która miała być i jej siłą.
Niebo ponad Puszczą rozjaśniło się, gdy Atraviel poprawił się w objęciach czarnowłosego, siadając na nim okrakiem i pogłębiając pocałunek. Tak niewiele było mu trzeba, by jego ciało zareagowało pragnąć czegoś więcej niż drobne muśnięcie warg.
Nive syknął, gdy pokaleczona dłoń zawadziła o klamrę skórzanego pasa, który At nosił na biodrach.
Młodzieniec ujął jego dłonie w swoje, spoglądając na nie ze smutkiem. Szybko jednak sięgnął do torby, którą druid zawsze nosił przy sobie i wyjął z niej kawałek płótna, który skropił następnie ziołowym płynem. Płynu tego starszy mężczyzna zwykł używać do przemywania drobnych ran. I tym razem do tego posłużył, gdy Atraviel delikatnie obmył poszarpaną, pokaleczoną skórę na dłoniach Nive, później i inne zadrapania, które był w stanie dojrzeć. Te były już mniej groźne, płytkie i same zaczęły się wygajać dzięki sile żywotności Strażnika Puszczy.
Ponownie jasnowłosy sięgnął po duże dłonie swego kochanka, delikatnie je przytrzymując i wyzwalając drzemiącą w jego ciele magię.
Rany na dłoniach Nive zasnuła delikatna, świetlista mgiełka rozpraszająca pozostałe wokół nich cienie. Tam gdzie wniknęła w ciało zasklepiało się ono. Fragment po fragmencie brzegi ran łączyły się ze sobą, sprawiając, że skóra na powrót była jednolita i mocna. Jedynie nieduże zaróżowione pręgi pozostały świadectwem niedawnych uszkodzeń.
Leczenie nigdy nie było czymś łatwym. Ciało bowiem było czymś nader skomplikowanych. Mięśnie, naczynia krwionośne, kości, skóra. Wszystko to należało łączyć osobno, w odpowiedniej kolejności. Wszystko przesycić należało magią, by ta mogła odwrócić nieco bieg czasu.
At zaczerpnął powietrza, mrużąc oczy, gdyż świat wokół niego zawirował lekko z chwilą, gdy z ciała druida zniknęły co głębsze skazy. Nive wyczuł jego słabość, znów przyciągnął go do siebie, tuląc ostrożnie i gładząc splątane, złote włosy.
- Nie musiałeś tego robić - stwierdził, z czułością wplatając palce we włosy kochanka i przeczesując je.
- Ale... To moja wina, że zostałeś ranny - wyszeptał chłopak mocniej wtulając policzek w pierś mężczyzny. Upajał się promieniującym od niego ciepłem, siłą i pewnością. Nive był jak wielkie drzewo o masywnych korzeniach i rozłożystych konarach. Ostoją, pewnym i stabilnym miejscem pośród wiatru i burzy. Dawał schronienie i poczucie bezpieczeństwa.
- Nie twoja... - zaprzeczył druid i uśmiechnął się gorzko zerkając w górę, na konary, które ułożyły się ponad nimi tak, by osłonić ich od wiatru i nie pozwolić strącanym wciąż z liści kroplom ich dosięgnąć. Teraz było już dobrze, co? - Ishar postanowiła mnie ukarać za krzywdzenie jej Słońca.

- Prze... - zaczął At, ale Nive przerwał mu, kładąc dłoń na jego policzku i unosząc jego twarzyczkę, by ponownie sięgnąć jego ust.
- Najwidoczniej mi się należało - wyszeptał, przyciągając blondyna bliżej siebie. Chciał wygonić wreszcie smutek z oczu kochanka, pokazać mu, że wszystko było już dobrze. Nawet jeżeli jedynie w tym jednym momencie.
Kolejny pocałunek, odrobina ciepła wystarczyła, by zmieniło się ono w iskrę, która z kolei owładnęła ich ciałami, budząc w nich płomień. Ich ciała splotły się w miłosnym uścisku, skryte pod baldachimem gałęzi i płaszczem z wilczej skóry. Usta łączyły się wciąż na nowo, gdy zmuszone były na chwilkę zaprzestać pieszczot, by zaczerpnąć mogli powietrza. Dłonie, szybkie, zachłanne, ale i ostrożne błądziły pośród rozchylonej ledwie odzieży, szukając dostępu do rozgrzanych ciał.
Po Puszczy przetoczył się urywany krzyk, gdy Atraviel uniósł biodra, by opuścić je następnie i wziąć swego kochanka w siebie. Chłopak uwielbiał ogień, który targał jego ciałem, sprawiając, że drżało i prężyło się, a który budził się zawsze gdy Nive wypełniał jego wnętrze. Mocno, do końca, sprawiając niemal ból. Zanim poznał to uczucie nigdy nie przeszło mu nawet przez myśl, że coś takiego może sprawić tak wiele przyjemności. Obudzić taki żar i takie pożądanie.

Droga do chaty Nive okazała się prosta i o wiele krótsza niż którekolwiek z nich mogłoby podejrzewać. Zupełnie jakby oboje krążyli wcześniej długo po leśnych śnieżkach, klucząc wciąż po okręgu. I być może tak właśnie było. To w końcu Puszcza kierowała wtedy ich krokami, dbając o to, by mimo wszystko żadne z drogich jej stworzeń nie ucierpiało znacznie.
W ciepłym, mimo niedawnej ulewy, wnętrzu mogli wreszcie odpocząć. Nive zaparzył zioła, przygotował kolację, po której, syci wreszcie, ruszyli do źródełka. Tam mogli zmyć z siebie wreszcie resztę trosk, przynajmniej na chwilę ułożyć wszystko tak, jak było przez te cenne dla nich dni. Jak co noc mogli ułożyć się razem na wąskim łóżku, które dziwnym trafem było niezwykle wygodne. Być może właśnie dlatego, że ograniczona przestrzeń zmuszała, by byli tak blisko siebie?
Nive zasnął pierwszy. Rany, choć w sporej większości wygojone, osłabiły jego ciało. At natomiast leżał na jego szerokiej piersi, przyglądając się mu. Pragnąć utrwalić obraz, zachować go na zawsze. Chciał zapamiętać męską twarz, o wyraźnych rysach, która choć z pozoru surowa była niezwykle piękna. Burzę czarnych, splątanych włosów. Silne ciało...
Decyzja, którą podjął młodzieniec nie była łatwa. Nawet opuszczenie domu było dla niego czymś w pewnym sensie naturalny. Wiedział, że to kiedyś nastąpi i po prostu musiał to zrobić. Tak było lepiej. Odejście z Puszczy natomiast było rzeczą w sporym stopniu odwrotną. Mógł tu być, mógł tu pomóc, był tu bezpieczny. To tam, poza granicami lasu był intruzem, kimś, kogo być tam nie powinno. A mimo to wstał, ubrał się i po cichu pozbierał swoje rzeczy. Pragnął ruszyć w podróż i miał ogromną nadzieję, że uda mu się jeszcze tu wrócić. Przecież kiedy dowie się tego, czego chce, kiedy sprawdzi... bez względu na to jak to się potoczy będzie już wolny. Będzie mógł spokojnie tu wrócić i już tu zostać. I zrobi to... na pewno. To też napisał na niedużej kartce, którą zostawił na stoliku. Odwrócił się jeszcze, by złożyć na ustach druida ostatni, przelotny pocałunek i wyszedł w mrok nocy, który gdzieś w oddali, powoli ustępował pierwszym promieniom budzącego się z wolna słońca.

13 Strathus, 654 rok drugiej ery.
Nive obudził się gwałtownie, słysząc przeciągły warkot w pobliżu.
- At? - spytał, rozglądając się po chacie. Gdy nie ujrzał kochanka zerwał się w pośpiechu z łóżka i wybiegł przed budynek, bojąc się, że ów warkot mógł być zwiastunem zagrożenia, które czyhało na młodzieńca.
- Idioto! - warknęła driada, gdy tylko Nive przekroczył próg chaty.
- Gdzie jest At!? - ryknął druid w odpowiedzi, zaniepokojony obecnością jednej z boginek, nawet jeżeli była ona jego matką.
- Pozwoliłeś mu odejść! Nie upilnowałeś go! - wrzeszczała kobieta, a jej, przypominające wężowe, sploty kłębiły się i ocierały o siebie sprawiając, że powietrze drżało od chrzęstu zdzieranej kory. - Nie po to Ona kazała ci go znaleźć i utrzymać przy życiu, żeby je teraz postradał.
- Ale... - zaczął Nive, chcą wyjaśnić jej, że przecież nie miał wyboru. Nie wspominając nawet o tym, że nie miał pojęcia, że jego kochanek odejdzie tak niespodziewanie.
- Jak myślisz? - zasyczała. - Dlaczego Ishar nie pozwoliła mu zdechnąć i zgnić? Dlaczego nie wypiła jego krwi posilając się magią w niej? On jest Jej potrzebny! Jest potrzebny tobie!
- Nie mogę go tu zamknąć ani z nim iść. Jeżeli opuszczę Ishar to...
- Bzdura! - Znów po Puszczy rozległ się nieprzyjemny ryk. - Nie przypisuj sobie większego znaczenia niż ci pisane. Ishar żyła zanim wydałam cię na świat i żyć będzie kiedy twoje ciało robale wydrążą.
- Jednak to dzięki mojej opiece ta Puszcza nie utraciła swojej magii - mruknął, przypominając słowa matki, które powtarzała mu przez całe jego dzieciństwo. Przecież nie mówiłaby tego, gdyby faktycznie tak nie było. Wiedział, że kiedy go zabraknie Ishar nadal będzie istnieć. Wiedział, że będzie funkcjonować, a driady znajdą dla niego zastępstwo. Jednak teraz żył, istniał, funkcjonował w tym czasie i jego zadaniem było chronienie resztek życia, które tliły się w Puszczy. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad jedną kwestią - a co jeśli sensem jego życia była ochrona nie Puszczy, a właśnie Atraviela? Słońca, przy którym wszystko rozkwitało. Na nowo jaśniało od magii, chłonęło cząsteczki i kwitło, roztaczając wokół czarującą aurę.
- Jesteś potrzebny - powiedziała driada spokojniej, wyciągając dłoń, którą położyła na ramieniu mężczyzny. Zacisnęła lekko palce, chcąc tym gestem dodać mu niejakiej otuchy. - Jesteś potrzebny Słońcu. Ishar jest w stanie bez ciebie przetrwać przez pewien czas i nie umrzeć. Wystarczająco się przysłużyłeś...
Driada nie musiała dodawać nic więcej. Nive już wszystko zrozumiał. Sam zaczął zauważać, że jego magia utrzymywała Puszczę przy życiu, ale nie potrafiła się rozwijać. Pomagał stworzeniom, kiedy stała im się krzywda, jednak sześćdziesiąt lat temu te istoty były równie nieporadne. Przetrwały. Licząc sobie mniej osobników w danym gatunku, jednak istniały, a ich rasa nawet nie stała blisko granicy wyginięcia.

- Przepuść mnie - jęknął Artaviel zdesperowany, wpatrzony w wielkiego, rudawego niedźwiedzia, który zastąpił mu drogę i powarkiwał ostrzegawczo za każdym razem kiedy chłopak choć drgnął w przód.
Opuszczenie Ishar okazało się nad wyraz trudne. Najpierw okazało się, że choć wybrał dobry kierunek, czego był pewien, wrócił dwukrotnie w to samo miejsce. Zrozumiał więc, że nie może już po prostu iść tak, jak prowadzą go ścieżki. Z zaparciem ruszył więc przed siebie, w kierunku, który sobie wyznaczył, tym razem jednak na drodze stawały mu ściany roślinności, korzenie i wszystko inne, co nagle wyrastało spod ziemi. To był jeszcze w stanie znieść, choć przedzieranie się przez kolejne krzaki przyprawiło go o słowotok, którego nie powstydziłby się szewc. Kiedy jednak po wyjściu na polanę drogę zagrodził mu potężny zwierz jęknął zrezygnowany. Nie sądził, by niedźwiedź faktycznie go skrzywdził, a przynajmniej miał taką nadzieję, ale nie zmieniało to faktu, że futrzak ryczał groźnie i świstał łapami, kiedy tylko At ruszył w kierunku innym niż powrotny.
Młodzieniec jednak, na przekór wszystkiemu postanowił się nie poddawać. Nie mógł się oczywiście bronić, zranić niedźwiedzia. Był w pełni świadom, że krzywdzenie kogokolwiek na terenie Puszczy nie wchodziło w grę. Postanowił więc użyć swojej zwinności, która nie raz mu się już przydała.
Blondyn skoczył w bok i dał susa w ścianę krzewów po lewej. Wszystko wyglądało obiecująco... do chwili, kiedy zamiast zanurkować w zieleń, został pochwycony i poderwany w górę, by zaraz później znaleźć się na ziemi. At chciał się podnieść, ale zanim to zrobił został skutecznie przywalony wielkim, kudłatym cielskiem.
- P-puść...! - wycharczał starając się chociaż poruszyć. Nie miał na to najmniejszych szans, gdy jego nowy "znajomy" ułożył się wygodnie i sapnął najwyraźniej zadowolony z siebie.
At wydał z siebie kolejny, tym razem pełen rezygnacji, jęk, czując na sobie gęste, gorące i do tego niezbyt czyste futro, które oblepiło nawet jego twarz jako, że nijak nie mógł go odgarnąć. Kolejna próba przyprawiła go jedynie o to, że zaczął go swędzieć nos.
- Pomocy... - załkał, nie wiedząc ile jeszcze przyjdzie mu tak leżeć.
At nie był w stanie zliczyć ile czasu spędził, będąc uwięzionym pod ciężkim cielskiem. Czuł, że zaczynało brakować mu tlenu. Potężny ucisk, wyciskał z jego płuc resztki powietrza, nie pozwalając organowi na nowo zapełnić się życiodajnym gazem. Oddychał płytko i szybko, próbując dotlenić komórki, które słabły z każdą chwilą, a coraz mniej powietrza docierało do każdej z nich. Ciemniało mu przed oczami, powoli tracił czucie w kończynach. Próbował resztkami sił wydostać się spod ofutrzonego stwora, jednak gdy niedźwiedź wyczuł pod sobą choć jeden ruch, zwiększał się nacisk, z którym napierał ciałem na Atraviela. Jęknął głośno, żałując, że chociażby pomyślał o ucieczce. Mógłby siedzieć teraz z Nive, oglądać wschód słońca. Cieszyć się wypiekanym przez druida chlebem, który tak cudownie smakował z miodem. Czułby delikatny dotyk dużych dłoni na swoim ciele, które chcą okazać czułość, a jednocześnie boją się że ich siła i wielkość są w stanie go skrzywdzić. Czułby ciepło drugiego ciała, osoby, która stała się dla niego tak ważna. Nie leżałby na środku lasu, przygnieciony niedźwiedziem, które mokre i śmierdzące futro atakowało zmysł powonienia. Nie miałby wrażenia, że właśnie zbliża się jego koniec. Jego świat pogrążył się w ciemności. Nie słyszał już głośnego podmuchu wiatru, niosącego ze sobą głos, wołający jego imię. Nie widział dużych dłoni i silnych ramion, które odciągnęły od jego wymęczonego ciała wielkie stworzenie. Nie widział ciemnego, umięśnionego mężczyzny, klękającego tuż obok niego, biorącego go w swoje ramiona.
Nive przez chwilę myślał, że przybył za późno. Zbyt późno, by ocalić Atraviela od szponów Ishar, która próbowała powstrzymać młodzieńca od ucieczki, zatrzymać go nim nie dotrze do niego Druid. Jednak Puszcza była niedelikatna w swych działaniach, nie zdawała sobie sprawy z tego jak kruche potrafią być niektóre istoty, jak łatwo pozbawić je życia. Dowodem na to jest dorosły samiec niedźwiedzia, który znalazł dogodne miejsce na szczupłych plecach jasnowłosego Słońca.
Druid poprawił ciało kochanka w swoich ramionach. Z ulgą zauważył, że jego pierś unosi się powoli pod wpływem oddechu. Płytkiego, lekkiego, jakby organizm zmagał się z czymś ogromnym, ciążącym i odbierającym dech, choć napływające do płuc powietrze dzielnie zwalczało problem. Nive odchylił delikatnie głowę młodzieńca do tyłu, udrożniając układ oddechowy i ułatwiając mu zaczerpnięcie głębszego oddechu. Siedział tak z Atravielem dłuższą chwilę, czekając aż kochanek zacznie swobodniej oddychać. Obejmował go mocno, odgarniając na bok jasne kosmyki, przylepione do wilgotnej od potu twarzy. Przypatrywał się pobladłemu licu z czułością, zastanawiając się, jakby się to skończyło, gdyby choć sekundę dłużej zwlekał z podjęciem decyzji.
Po słowach matki, nie poświęcił ani chwili dłużej na przemyślenia. Wezwał Ilsala i czekając na jego przybycie, zabrał się za pakowanie najpotrzebniejszych przedmiotów. Miał na uwadze to, że Atraviel przed wyprawą spakował swój tobołek, poszerzając jego zawartość o kilka rzeczy, zabranych z chaty Druida. Jednak nie stało to na przeszkodzie, by pewne rzeczy posiadać w większej ilości. Zwłaszcza, gdy były one niezbędne. Maści i opatrunki szybko się kończyły, zapasy jedzenia również. Dodatkowo ostrza miały tendencję do łamania się, tępienia czy znikania w najpotrzebniejszych momentach. Wątpił także, by jeden sztylecik wystarczył Atravielowi, by się bronić. Jego skóra jak i wiedza, były zbyt cenne, by ludzie nie zwracali na niego uwagi. Potrzebował ochrony, a Nive był w stanie zrobić wszystko, by zagwarantować mu bezpieczeństwo.
Dlatego, gdy Ilsal zjawił się u progu jego chaty, powierzył mu opiekę nad Puszczą. Pokrótce wyjaśnił co będzie musiał robić oraz wyjaśnił, dlaczego opuszcza las. Choć samemu wilkowi wystarczyłoby rzec, że „serce rwie się ku wielkiej przygodzie”, by w mig pojął co się działo w głowie Druida. Żadne inne słowa, nie były w stanie ująć tego równie dosadnie. Od lat wiadomym było, że Nive czeka ważne zadanie, jedno najważniejsze, od którego będą zależeć jego dalsze losy. W końcu, po ponad sześćdziesięciu latach, ten cel go odnalazł. A to wszystko za sprawą drobnego blondyna, który wręcz wykurzył go z chaty. Wypchnął za próg, zmusił, by ruszył dalej, w nieznane mu tereny.
Ishar pozwoliła mu iść, udać się za jasnowłosym, którego wpierw zatrzymała nim ten wyszedł poza obszar jej mocy.
Druid podłożył pod kolana Atraviela rękę, by łatwiej było mu go nieść. Podniósł się, wzmacniając uścisk na ciele kochanka, by nie wypuścić go ze swych objęć. Idąc tu, dostrzegł niewielkie źródełko, pachnące świeżością i magią, wypełniającą je po brzegi. W tym momencie było ono niemalże zbawienne dla udręczonego ciała Atraviela, do którego przylgnął niedźwiedzi odór. Zdejmował powoli z niego ubrania, uważnie przyglądając się każdemu milimetrowi jasnej skóry, szukając na niej świeżych ran lub otarć. Dostrzegł na rękach i twarzy kilka delikatnych zadrapań, będących najpewniej wynikiem przedzierania się przez Puszczę, która nie chciała wypuścić go ze swych ramion.
Wszedł do źródła ostrożnie, uważając na młodzieńca, by przypadkiem nie zanurzyć jego twarzy. Wciąż pozbawiony świadomości, wisiał bezwładnie w ramionach Nive, zdając się na siłę tkwiącą w starszym mężczyźnie. Gdyby Druid był mniej uważny, mógłby niechcący podtopić kochanka. Woda dostałaby się do płuc, a nieprzytomny chłopak nie byłby w stanie sobie z tym poradzić.
Obmywał delikatnie ciepłą skórę młodzieńca, zmywając z niej nieprzyjemny zapach. Masował okrężnymi ruchami ciało, przywracając krążenie, pobudzając je, zwracając mu utracone czucie. Woda była przyjemna, kojąca, odprężała zmęczone mięśnie, nakłaniała do relaksu. Mężczyzna korzystał z tej chwili, obejmując mocno kochanka, za którym stęsknił się, choć nie widział go zaledwie od wieczora dnia poprzedniego. Musnął ustami czubek jasnej głowy, czując jak ciepły zapach słońca staje się wyraźniejszy, przytłumiając inne aromaty unoszące się w powietrzu. Zamruczał z zadowoleniem, ciesząc się z podjętej decyzji. Właśnie teraz, będąc znów z Atravielem, dotarło do niego, że prawie go utracił. I to przez własną głupotę i upór. Odgarnął mokre kosmyki z czoła, uśmiechając się przyjaźnie, gdy zobaczył jak powieki młodzika uchylają się, odsłaniając błękitne, zamglone tęczówki, w które Nive tak uwielbiał patrzeć.
Młodzieniec zmarszczył brwi, próbując dojść do tego, jakim trafem znalazł się w tym miejscu, w objęciach ukochanego, którego zostawił pogrążonego we śnie kilka godzin temu. Rozejrzał się wokół, nie dostrzegając nigdzie wielkiego niedźwiedzia, który wcześniej go zaatakował. I mimo, że przy Druidzie czuł się bezpiecznie, poruszył się niespokojnie, bojąc się, że futrzasty gigant ponownie się zjawi i spróbuje dokończyć to, co zaczął. Cichy chlupot wody, rozbijającej się o drobne, brzegowe kamyczki, zwrócił myśli Ata na zupełnie inne tory.
- Dlaczego zawsze, gdy wraca mi przy tobie świadomość, jestem nagi? - mruknął niezadowolony, mierząc mężczyznę karcącym spojrzeniem. Nive roześmiał się głośno, radośnie, ciesząc się, że Atraviel wrócił do siebie i nie zaczął rozmowy od oskarżeń, o powstrzymanie go przed dalszą wędrówką. Blondyn zawarł w swoich słowach sporo racji, jednak mężczyzna nic nie mógł na to poradzić. To się po prostu działo.
- Masz ku temu jakieś obiekcje? - Złożył kilka drobnych pocałunków na długiej szyi, próbując załagodzić gniew kochanka, a jednocześnie sam rozkoszował się bliskością tej drugiej osoby, dla której był w stanie porzucić swoje dotychczasowe życie. - Jeśli tak, przepraszam. Usprawiedliwia mnie tylko to, że twój zapach nie był zbyt przyjemny. Chciałem temu zaradzić w sposób jak najbardziej humanitarny.
Atraviel poruszył się w ramionach druida. Obrócił do niego i usiadł mu na kolanach, tak, by móc się w niego mocno wtulić. Byli osobno tak krótko, a mimo to At całym sobą łaknął bliskości mężczyzny. Tak bardzo bał się, że w końcu braknie mu oddechu, że osłabnie, umrze... Nie to jednak było najgorsze. Nie śmierć, ciemność i ból, ale to, że nigdy już nie zdołałby się choćby pożegnać, nigdy więcej nie poczułby tych silnych, troskliwych ramion oplatających jego ciało z właściwą im ostrożnością.

- Przepraszam - wyszeptał chłopak czując, jak kąciki oczu zaczynają nieprzyjemnie piec. Nie chciał znów płakać. Nie lubił tego i walczył z tym zawzięcie. Chciał być silny, samodzielny. Nie chciał dla nikogo, nigdy więcej być ciężarem i obowiązkiem. Okazywało się jednak, że ostatnimi czasy szargają nim odczucia, nad którymi nie potrafił zapanować. Czasem było tego za dużo, wszystko kotłowało się razem, tworząc mieszankę, która przerażała go.
- Nie przepraszaj... To ja tu zawiniłem. - Druid pogładził z czułością splątane, mokre, jasne włosy. - Ten błąd łatwo naprawić... Pójdę z tobą, gdziekolwiek zechcesz.
Atraviel uniósł wzrok, zaskoczony tym co powiedział Nive.
- Ale... Mówiłeś, że... - zaczął. W tej chwili martwił się. Nie chciał by druidowi czy Ishar stałą się jakaś krzywda. Nie przez niego. - Ja... dam sobie radę i...
- Nie, At, nie puszczę cię samego - stwierdził czarnowłosy stanowczo i ujął twarz młodzieńca, żeby spojrzeć mu głęboko w oczy. - Będę cię chronił... zawsze - dodał i złączył swoje usta z ustami kochanka w pocałunku, który miał być przypieczętowaniem obietnicy.

wtorek, 12 stycznia 2016

Mała sprzeczka

 12 Strathus, 654 rok drugiej ery.
- Co czytasz? - spytał Nive, siadając obok Atraviela. Często tak razem siedzieli, w ostatnich promieniach słońca, po powrocie z obchodu po Puszczy i posiłku. Rozmawiali wtedy, druid uczył swojego młodego kochanka, a ten skrzętnie wszystko zapisywał lub po prostu cieszyli się swoją bliskością.
Gdy mężczyzna spojrzał na papiery poznał je od razu. Wiedział co to. At opowiedział mu o swoim ojcu, tyle ile sam wiedział. Wiedza ta była dość skromna i ograniczała się do opowieści jego matki i tych pergaminów, zapisanych równym pismem, a będących stronami ze swego rodzaju dziennika należącego do Quaarianina. Było tu też kilka listów od niejakiego Arona, który ponoć zamieszkiwał Gandię, wioskę, z której uciekł młodzieniec. To właśnie za tropem tego mężczyzny ruszył jasnowłosy, mając nadzieję, że ten powie mu coś więcej o jego ojcu. Na nic jednak się to zdało. Mimo to Nive zdawał sobie aż za dobrze sprawę z tego, że At wciąż nosi w sobie potrzebę dowiedzenia się co też spotkało jego ojca, odkrycia prawdy zapisanej w tych kilku, wyrwanych z kontekstu stronach. Wciąż widział przed oczyma twarz swego kochanka, gdy ten powtarzał mu słowa swojej matki. Opowiadał o świecie, w którym magia była czymś naturalnym, powszechnym. Cały świat wyglądał jak Ishar w latach swej świetności, gdy wolna jeszcze była od chorób, a źródło magiczne pulsujące tuż pod jej centrum było silne i roziskrzało okolicę niczym kawałek upadłej gwiazdy. 
Kirian, ojciec Atraviela, nie raz opowiadał swej wybrance o świecie, który, choć sam nie znał go do końca, był mu dobrze znany i niezwykle bliski. Mówił, że jego ojciec żył w czasach, gdy magia była integralną częścią świata. Znajdowała się we wszystkim, ludzie oddychali nią, przesycając nią swoje ciała i czerpiąc z nich swą moc, pozwalającą im czynić rzeczy dziś uznawane za cuda, wydłużając ich życia, dając im mądrość. Karmiła ona także mnogość magicznych istot, dając wielu zwierzętom własny głos, tworząc stworzenia, które wymarły, gdy zaczęła znikać. Dlaczego źródła magii zatrzymały się w miejscu? Przestały przepływać przez ziemię, by wkrótce zacząć wysychać? Tego Kirian nie wiedział, choć urodził się w latach walki z utratą magii, a jego ojciec był jednym z Mędrców i ponoć nabył odpowiednią wiedzę, próbował temu zaradzić, odwrócić wszystko. Nie zdołał jednak tego zrobić, bo Ona mu na to nie pozwoliła, ukryła się, burząc cały plan.  Kim ta Ona była, tego mógł być pewien chyba tylko ojciec Kiriana. 
At był zachwycony wizją pięknego świata, w którym tacy jak on byli bezpieczni, więcej nawet, otaczano ich szacunkiem ze względu na ich umiejętności i wiedzę. Teraz, gdy poznał uroki Ishar, istoty, przesycone magią, mające własny rozum i tak bardzo różniące się od tego co znał, jeszcze bardziej pragnął spełnienia owej wizji. Pięknym byłoby pokazać taki świat innym, a może nawet lepszy! Wolny od choroby, która powoli go trawiła, sprawiając, że wszystko stawało się słabe i... martwe. Bo czym było życie zwykłej rośliny, w porównaniu z tym co miały choćby kwiaty Norei? Dla nich, ten rodzaj życia równy był śmierci, bo umierała ich dusza. 
Nive nie chciał, by At odchodził z Puszczy. Wiedział jednak, że taka myśl kiełkuje w głowie jego kochanka. Widział to, widział, jak niespokojny, młody duch, goniący za ideałem, snem zerka na skraj lasu, ku nieznanemu, nawet jeżeli było niebezpieczne. Dopóki nie odnajdziesz swojego celu - powiedział w końcu, czyż nie? I ten cel Atraviel znalazł...
- Chciałbym... odwiedzić jedno miejsce - wyjawił chłopak. Wpatrywał się w pergamin, nie mając jakoś ochoty, czy nawet odwagi, by spojrzeć na druida. 
- Jakie? - spytał mężczyzna, na co At chwycił rozłożoną, leżącą tuż obok mapę i wskazał na niej odległe miejsce.
Zwierciadło Tysiąca Dusz. Miejsce owiane setką legend. Miejsce o wielkiej mocy. Wystarczyło dotrzeć tam, spojrzeć w Zwierciadło, a ujrzeć można było wszystko. To czego najbardziej się pragnęło, obawiało, swą przyszłość, przeszłość, inne światy. Wszystko co tylko posiadało odbicie. Być może mogłoby pokazać także to, czego szukał At...
Przez chwilę panowała cisza, gdy każdy z mężczyzn pogrążony był w swoich myślach.
- At... - odezwał się Nive. - Wiesz dobrze, że nie opuszczam Puszczy. Nigdy. Ale ciebie nie zatrzymuję... - Te słowa sprawiły, że At spiął się momentalnie. To... zabolało. Jak to? Nie zatrzymuje? To...
Chłopak wstał, gnany nagłym atakiem złości, który pojawił się pozornie znikąd. Odwrócił się w stronę siedzącego wciąż druida i cisnął w niego skórzaną teczką, w której zwykle chował pergaminy, chroniąc je przed wilgocią i kurzem.
- To sobie tutaj siedź! - ryknął. - Zgnij tutaj jak całe to miejsce i te cholerne driady! Wygodnie wam razem będzie!
Nie słuchał co Nive odpowiedział, pognał za to w las. Pędził poznanymi już nieco ścieżkami, które teraz utraciły charakterystyczne im punkty, stały się tylko szybko przemieszczającą się ścianą drzew i krzewów. Jednolitą, poszarzałą i rozmytą. 
Nie dbał o to, czy się zgubi, czy upadnie gdzieś, a może wybiegnie poza teren Ishar. Czuł tylko palący go żal, który tylko przybrał na sile, gdy wdrapał się na wielki dąb, wycieńczony szaleńczym biegiem pośród rwącego deszczu i rozrywającym płuca szlochem. Tak bardzo pokochał to miejsce, tak bardzo nie chciał go opuszczać, ale nie mógł tutaj zostać, nie w tej niepewności, nie wiedząc czy mógł coś zrobić. Tak wiele chciał wiedzieć, tak wiele zobaczyć. Tak ogromną miał nadzieję na to, że uda mu się coś zmienić. W końcu tą nadzieją żył długie lata, ukrywając się, słuchając opowieści matki o czymś, co być może i było mrzonką, ale też jedynym co stanowić mogło jakiś cel. Bo czego innego mógł oczekiwać od swojego życia? Co innego miało sens i pozwoliłoby mu spojrzeć w przyszłość tak, by nie wiedział tam jedynie nienawiści, niewoli i śmierci.
Teraz znalazł miejsce, które pokochał, które go zaakceptowało, a w nim kogoś, komu bezgranicznie zaufał, komu oddał wszystko co miał. Wspomnienia i noszony w nich ból, ciało i palące je pragnienia, a także serce, choć tego ostatniego sam nie do końca był świadomy. Nigdy w końcu nikogo w ten sposób nie kochał. Nie znał nawet tego rodzaju miłości. Nie doświadczył go. Dla niego istniało dotąd tylko to uczucie, którym darzył matkę i siostrę. Nie wiedział dlaczego sądził, że Nive będzie już przy nim zawsze. Stał się już przecież kimś tak mu bliskim, że życie bez niego wydawało się czymś abstrakcyjnym, irracjonalnym, nie mającym racji bytu. Łudził się więc, że druid pójdzie z nim wszędzie. W egoistyczny sposób przekonany był, że mężczyzna porzuci wszystko co zna, o co dba, by z nim iść, spełnić jego zachciankę. Ale rzeczywistość była inna, a świadomość tego, że miał znów zostać sam rozdzierała mu serce. Do tego myśl, że druid nie dbał o to, czy tu zostanie czy odejdzie... 
At otarł policzek i tak mokrym już rękawem. Oczy go piekły, a mimo to nie umiał powstrzymać spływających po policzkach łez, które mieszały się z ciężkimi kroplami deszczu. Jego ciałem wciąż targał szloch, do którego wkrótce doszły dreszcze. Było mu zimno. Skulił się więc jak mógł by nie stracić równowagi i nie spaść z gałęzi. Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić... (Ja wcale nie płaczę, wiesz? T^T)
Nive westchnął zrezygnowany, patrząc na skórzaną teczkę, leżącą tuż przed nim, na której powierzchni zaczęły skupiać się pierwsze krople nadchodzącego deszczu. Nie ruszał się z miejsca, chcąc dać Atravielowi chwilę dla siebie, by wszystko na spokojnie przemyślał i wyciszył emocje, które mogły być dla niego destrukcyjne, kiedy kłębiło się ich w nim zbyt wiele. Sam jeszcze raz starał się przeanalizować całą ich rozmowę, próbując zrozumieć moment, w którym zaczęło to wszystko brnąć w złym kierunku.
Rozumiał czego oczekiwał od niego młodzieniec. A raczej, wiedział, że Atraviel nie przemyślał wszystkiego, podświadomie ułożył cały plan, miał wizję całej podróży, jej początku i końca. Po prostu… Zapomniał kim był Nive, dlaczego istniał i był tak ważny dla Ishar. Ani przez chwilę nie przeszło mu przez myśl, że Druid może być aż tak silnie związany z tym miejscem. Nigdy o tym nie rozmawiali, mężczyźnie jego więź z Ishar wydawała się aż nad wyraz widoczna i oczywista do zrozumienia. Dlatego nic nie mówił, nie tłumaczył, a teraz żałował, że tak wiele zostało między nimi przemilczane.
Podniósł się z ziemi i wziął teczkę, by schować ją gdzieś, gdzie szalejąca burza jej nie zniszczy. Najlepsze schronienie istniało w jego chacie, pod ruchomym kamieniem w podłożu, które zostało specjalnie stworzony dla Atraviela, by cenne rzeczy nigdy więcej nie dostały się w niepowołane ręce. Dodatkowo było to świetną ochroną przed pogodą, bo nawet jeśli wątpliwej jakości dach przecieknie, magiczna ochrona pod kamieniem nie przepuści wilgoci. Mimo tej pewności raz jeszcze sprawdził czy oby na pewno nic im się nie stanie. Zdawał sobie sprawę z tego, jak ważne one były dla jego kochanka. Nie chciał, by stała się kolejna rzecz, która sprawiła by zawód jasnowłosemu. Już wystarczyło, że teraz musiał go znaleźć i na spokojnie wszystko mu wyjaśnić.
O ile ten da mu dość do słowa.
Nive przymknął oczy, starając się wyostrzyć słuch, by dosłyszeć wołanie Puszczy. Cichy szept zdradzający miejsce, w którym znalazł się Atraviel. Zmarszczył brwi, jego serce ścisnął nagły przypływ gniewu, ciało mimowolnie napinało się, jakby było gotowe zaatakować. Nive nie usłyszał nic.
Puszcza przeciwstawiła się mu, ukrywając przed nim położenie młodzieńca. Nie chciała tego zdradzić, nie chciała współpracować z Druidem choć winna była mu posłuszeństwo. Zataiła kilka faktów, podając sprzeczne informacje, próbując namieszać mężczyźnie w głowie, sprawić, by zbłądził, gdy tylko wykona pierwszy krok w kierunku poszukiwań. Nive o tym wiedział, czuł całym sobą jej sprzeciw, jej gniew. Karała go za jego głupotę, postępowanie. Skrzywdził to co stało się dla Puszczy cenne, skrzywdził jej Słońce, dlatego ona, da Słońcu czas. Ochroni je przed Druidem i dalszymi komplikacjami, które wniknęły z jego powodu.
Mężczyzna warknął głośno rozeźlony. Nie takiego obrotu spraw się spodziewał. Chociaż nazwałby siebie głupcem, gdyby uważał, że Ishar stanie po jego stronie. Nikt jednak nie potrafił obwiniać Atraviela w nawet najmniejszym stopniu, Był młody, naiwny i mimo ogromnego doświadczenia życiowych trudów, wciąż się nie odnajdywał w świecie. Był zagubiony, goniący za marzeniami, które większość starszych istot skreśliła by już na starcie. Był młody, dlatego nie do końca zdawał sobie sprawę ze spraw istotnych i ważniejszych. A może to Nive był zbyt stary iż gorzkniały? Utracił marzenia lata temu, jeśli w ogóle jakieś posiadał. Nie wyściubił nosa za granicę lasu, niczego nie zwiedził, niczego nie widział. Na dobrą sprawę to on nie wiedział niczego o świecie, o życiu. Siedział zamknięty w leśnym więzieniu, od urodzenia wmawiając sobie, że ochrona tego miejsca jest jego obowiązkiem. Już nie wiedział co sam powinien o tym wszystkim sądzić.

Przetarł dłońmi zmęczoną twarz. Czuł jak od natłoku myśli kłębiących się pod czaszką, jego głowa stała się ociężała, a tępy ból atakował skronie. Rozejrzał się po okolicy, próbując odnaleźć się w terenie, domyślić się gdzie mógł schronić się Atraviel. Na pewno nie na ziemi, był zwinniejszy i lżejszy niż Nive, wiedział, że będzie mu ciężej wspiąć się po zbyt cienkich dla niego gałęziach. Dodatkowo Puszcza z pewnością będzie starała mu się pomóc, więc splecie ze sobą gałęzie, by stworzyć prowizoryczny schron. Wystarczyło, że szukałby czegoś na kształt potężnego gniazda.
Przymrużył oczy, dłonią starając się osłonić je przed deszczem. Spadające z nieba potężne krople utrudniały widoczność, a sama Ishar wydawała się jakby ciemniejsza i bardziej mroczna. Jego wzrok nie był przyzwyczajony do postrzegania kształtów w ciemności, dlatego liczył, że instynkt go nie zawiedzie. Bo na Puszczę liczyć nie mógł.
Postanowił więc wykorzystać swoją wiedzę, którą zdobył po parudziesięciu latach obcowania z tym miejscem. Znał jej wszelkie kaprysy, reakcje na niepowodzenia, wiedział jak zachowywała się, kiedy starała się zbuntować przeciwko jego woli. Dlatego, gdy raz za razem potykał się o nagle wyrastające z ziemi korzenie, wiedział, że jest na dobrej drodze. Gdyby szedł w złym kierunku, droga byłaby nad wyraz łatwa. Bez problemu Puszcza przepuszczała go dalej, byleby nigdy nie odnalazł kryjówki Atraviela. Skupiał się na wyłapywaniu drobnych zmian w zachowaniu Ishar, na częstotliwości wyrastających nagle z ziemi korzeni, na ilości pnączy, które zawijały się wokół jego rąk i nóg, próbując zatrzymać go w miejscu. Gdy tylko ta ilość się zmniejszała, zmieniał nieco kierunek, znów licząc wszystko od początku.
Nie przejmował się tym, że najpewniej krwawił. Deszcz przestał stanowić dla niego problem, gdy spłukiwał z jego ciała ziemię i resztki roślinności, kiedy znowu stracił równowagę. Warczał wtedy i prychał, podciągając się do pionu próbując wykorzystać do tego chropowatą korę pobliskich drzew. Zbyt szorstką i ostrą, by nie obyło się bez kolejnych ran pokrywających dłonie i ręce. Jednak nie poddawał się, czuł w głębi serca, że gdyby czekał, przełożył rozmowę na później - nie byłoby już czego w ich relacji ratować. Był obolały i rozdrażniony, dodatkowo jak na złość nigdzie nie mógł znaleźć Atraviela. Włosy przykrywały jego całą twarz, przysłaniały oczy, wchodziły do ust. Zdarzało się, że się dusił, nie potrafił złapać powietrza.
Sapnął głucho, gdy nie zdążył się uchylić przed gałęzią, którą zaatakowało go drzewo. Upadł na ziemię, obijając boleśnie ciało. Przypadkowo zgniótł ciałem delikatną gałązkę. Zdarł kruchą korę, odsłaniając wrażliwą na obrażenia miazgę. Zranił Puszczę czym wzbudził w niej jeszcze większy gniew. Jednak nie zarejestrował tego, nie myślał o tym, co właśnie zrobił. Nie, kiedy dostrzegł potężne gniazdo na drzewie i parę błękitnych oczu, patrzących na niego z mieszaniną przerażenia jak i gniewu.
- At! - krzyknął, starając się podnieść z ziemi. Nieco zbyt gwałtownie, zapominając zupełnie o swoich obrażeniach. Jęknął, gdy poczuł przeszywający ból, paraliżujący na chwilę jego ciało. Przymknął oczy, próbując powstrzymać kolejne fale bólu, które przechodziły wzdłuż jego kręgosłupa, które odbierały mu oddech. Po chwili podniósł się ociężale i podszedł do drzewa, w którego koronie ukrywał się jego kochanek. - Zejdź na dół - poprosił, czując jak jego ciało traci siły, a oczy zachodzą mgłą. Był wyczerpany, wiele czasu poświęcił, by dostać się tu. Musiał pokonać wiele przeciwności, sprostać buntowi Puszczy. Jedyne o czym marzył, to by Atraviel był obok niego, by mógł go objąć i poczuć ten przyjemny zapach słońca, który tak uwielbiał. Warknął, gdy jasnowłosy tylko mu to utrudniał.
- Nie zejdę - odkrzyknął młodzieniec, mocniej wtulając się w pień drzewa. Nie miał zamiaru schodzić, robić tego, czego oczekuje od niego Nive. - Jest mi tu dobrze. Idź do tych swoich... Driad... I daj mi spokój. Znajdź sobie inną naiwną istotę, która będzie ci się oddawać, kiedy tylko zapragniesz.
Nive spojrzał na kochanka z niedowierzaniem, zupełnie nie rozumiał o co mu chodzi, co ten mu znowu zarzuca, o co go oskarża. Zastanawiał się, kiedy w tej jasnej główce zrodził się pomysł, że nie chce udać się za nim, by mógł więcej czasu poświęcić Driadom. A przynajmniej tak to zrozumiał strażnik Puszczy. Zmarszczył brwi, próbując obmyślić plan jak sprowadzić kochanka na ziemię, jednak natura postanowiła go wyręczyć. Atraviel próbował przesunąć się wgłąb cienia, by być mniej widocznym dla Nive. Niechcący źle postawił stopę, która poślizgnęła się na wilgotnej gałęzi, a sam młodzieniec runął w dół.
Gdyby nie refleks Druida, z pewnością jasnowłosy upadłby boleśnie na ziemię. Nive złapał Atraviela i przyciągnął jak najbliżej siebie, zamykając w silnym uścisku ramion. Młodzik nie byłby w stanie się wyrwać, nawet gdyby bardzo próbował. Nie był w stanie równać się z siłą starszego mężczyzny. Druid usiadł pod drzewem, nie wypuszczając ze swoich objęć kochanka. Trzymał go blisko siebie, tak jak chciał tego kilka chwil temu.
- Nie mam pojęcia co sobie ubzdurałeś, At. Naprawdę... - wyszeptał młodzieńcowi do ucha, starając się jednocześnie zebrać myśli. - To nie jest tak, że nie chcę udać się za tobą czy też, że nie chcę zatrzymać cię w Puszczy. Gdybym mógł, wykorzystał bym każdy rodzaj magii, o którym kiedykolwiek słyszałem, by przywiązać cię do siebie i nigdzie nie wypuszczać. Ukryłbym cię gdzieś głęboko w lesie, gdzie nikt by ciebie nie znalazł, a ty nie rozpoznałbyś miejsca, w którym jesteś. Co z tym idzie, nie byłbyś w stanie się nigdzie wybrać. Tak bardzo zależy mi na tobie, na twojej obecności, że z chęcią pozbawiłbym cię wolności. I właśnie dlatego, że jesteś dla mnie tak ważny, nie zrobię tego. Chcę byś był przy mnie z własnej woli. Gdybym cię zmusił do zostania, już po kilku dniach patrzyłbyś tęsknie w kierunku lasu i opracowywał plan, jak się stąd wyrwać. Wyczekiwałbyś okazji, by uciec jak najdalej i spełnić swoje marzenia. A ja... Nie mógłbym iść za tobą, nawet jeśli tego pragnę. Chcę wiedzieć czy jesteś bezpieczny, dopilnować tego, by nic Ci się nie stało, ale nie mogę... Nie mogę opuścić tego miejsca. Wiesz doskonale, że jestem za nie odpowiedzialny. Jestem częścią niego, jestem jego sercem. Gdybym opuścił Puszczę, umarłaby, a ja zapewne razem z nią.

sobota, 2 stycznia 2016

Promienie słońca

1 Strathus, 654 rok drugiej ery.
Już jakiś czas temu Nive dostrzegł, że od pojawienia się chłopaka, wszystko jakby się zmieniło. Może nie sama Puszcza, co nastawienie Druida do otoczenia. Przestał być posępny, markotny. Mniej warczał, a częściej znosił wszystko z pogodą ducha, o którą żadna istota nigdy by go nie podejrzewała. Zaczął widzieć sens w swojej pracy, robił to mniej mechanicznie. Chętniej pomagał, zaczął więcej dostrzegać, choć obchody zajmowały mu paradoksalnie mniej czasu. Jedynym co nie uległo zmianie, to nastawienie Nive do driad. Wciąż za nimi nie przepadał równie mocno co wcześniej, a nawet to uczucie się tylko pogłębiło.
Atraviel niemal całkowicie wrócił do zdrowia i tylko blednące blizny i sporadyczny, lekki ból w zrośniętych miejscach przypominał mu o tym jak niedawno otarł się o śmierć. W przeciwnym razie mógłby przysiąc, że zdarzyło się to nie ledwie półtora tygodnia temu, a całe długie miesiące.
Puszcza, odcięta od świata i jego problemów zdawała się żyć swoim własnym rytmem, zmieniając długość dni, manipulując porami roku tak, by owoce miast dopiero się zawiązywać zdobiły obficie wątłe na pozór gałązki krzewów. Sam las był ciepły, wilgotny, wciąż zielony, mimo tego nie można było wyczuć zaduchu, jaki panował nad wyraz często w podobnych miejscach. Choć pozbawiony ludzkiej ręki, dziki i nieprzystępny, leśny gąszcz był nadzwyczaj czysty. Próżno było tu szukać grzęzawisk, w których tonęło truchło leśnych stworzeń, wypalonych polan i poskręcanych groteskowo sczerniałych pni, dowodów niedawnych pożarów. Nawet obalone pnie wiekowych drzew gdy nadchodził ich czas i oddać musiały to co poprzez korzenie stało się ich ciałem, robiły to w sposób łagodny i spokojny, obrastając zielonym kocem mchu i różnobarwnych porostów. Nie stawały się bezkształtną, rozpadającą się masą toczoną przez robactwo. Wszystko wydawało się tu uporządkowane, uzasadnione i łagodne, nawet jeżeli była to śmierć, to tutaj nie wydawała się wcale końcem, a jedynie początkiem czegoś innego.
Jasnowłosy chłopak czuł się w tym miejscu niezwykle. Po raz pierwszy w życiu stał się spokojny. Nie odwracał się za siebie na każdym kroku, nie dbał, by zawsze za jego plecami była lita ściana, a w trzech pozostałych kierunkach drogi ucieczki. Nie czuł już ciężkiego, gorącego oddechu pogoni i lodowatych okowów strachu. Tliły się w nim jednak inne uczucia. Najmocniejsze z nich żywił do Nive.
Druid stał się dla młodzika swego rodzaju kotwicą, mostem łączącym go z tym miejscem, ciepłym murem zapewniającym bezpieczeństwo i spokój. Ale i czymś znacznie więcej. At po raz pierwszy poznał ten irracjonalny, wywołujący niemal politowanie rodzaj tęsknoty, która zwykła męczyć umysł ciągłym "długo jeszcze?", by ten w końcu zaczął się z nią otwarcie kłócić stwierdzając oczywiste "przecież dopiero wyszedł", "wróci za kilka godzin". Było to jednak silniejsze od niego, nawet jeśli starał się z tym jakoś walczyć. Na początku nawet nieco przerażało, jak i wszystkie nowe odczucia.
Najgorzej przyszło się młodzikowi oswoić z tym co wyprawiało jego ciało. Tym jak serce łopotało mu w piersi, zupełnie jakby było wróblem schowanym w skórzanym worku, który starało się rozerwać. Policzki go piekły ledwie druid obrzucił go dłuższym spojrzeniem, a całe ciało dygotało i oddawało się chętnie wszystkiemu czego Nive pragnął. Nawet więcej! Samo szukało bliskości, wyginało usta w zalotnym uśmiechu, przyspieszało oddech, gnało w stronę starszego mężczyzny, by krótkim dotykiem sprowokować pieszczoty.
Tego dnia Atraviel po raz pierwszy ruszył na pełen obchód z Nive. Wcześniej jego spacery po lesie ograniczały się do niedługich wycieczek, gdy chłopak pomagał druidowi zbierać blisko rosnące zioła i nabywał przy okazji wiedzę o nich. Później on wracał do chaty, a Nive szedł dalej, by spełniać swój obowiązek jaki miał wobec tego miejsca i jego mieszkańców.
Tym razem opiekun Ishar nie bał się o swojego młodego kochanka. Widział aż nazbyt wyraźnie jak sama Puszcza zaczęła traktować jasnowłosego. Dostrzegał wyraźnie, że akceptowała go niemal w pełni, nie mamiła, nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, sprawiała, że ścieżki zawsze były łatwe i bezpieczne, nawet jeżeli sam At wciąż nieco się obawiał i starał jak mógł trzymać blisko starszego mężczyzny, tak na wszelki wypadek.
Zatrzymali się na obsypanej kwieciem łące, na której Nive przykucnął, badając dokładnie miejsce, w którym ziemia wyglądała inaczej. W tamtym miejscu kwiaty były wątłe, wpół suche. Druid zaczął szeptać coś, czego Atraviel nie mógł zrozumieć. Aż nadto jednak rozpoznał irytację w jego głosie i ciężkie westchnienie.
- Coś się stało? - spytał At, ostrożnie siadając obok druida i wyciągnął dłoń w stronę jednego z wątłych pąków. Wtedy stało się coś, za sprawą czego chłopak gwałtownie cofnął dłoń, zaskoczony. W mgnieniu oka bowiem kwiat otworzył się i obrócił rumiane płatki w stronę jasnowłosego, a przy okazji przeciwną niż padały promienie słońca przeciskające się przez korony drzew otaczających polanę i rozpinających nad nią swoje długie gałęzie.
- Nie odsuwaj się - poprosił cicho Druid, przytrzymując rękę Atraviela. Przyglądał się zdumiony roślince, która wdzięczyła się do dłoni jasnowłosego. Wyginała kruchą łodyżkę, stroszyła drobne listki, rozkładała rumiane płatki, by być jak najbardziej widoczną. Szukała najkorzystniejszej pozycji dla siebie, by to ją Atraviel uznał za najpiękniejszą i nie myślał nawet o odsunięciu od niej dłoni. Była spragniona magii pełnej ciepła, którą posiadał w sobie młodzieniec. Zresztą nie tylko ona była jej złakniona cała Puszcza. Usychała powolnie, umierała i tylko silna magia była w stanie ją ocalić. Nie miał jej w sobie Nive, nie w takich ilościach, które potrzebne były, by na powrót ożywić to miejsce.
- Już wystarczy, jesteś piękna - mruknął ciepło Nive, dotykając delikatnie jasnych płatków. Roześmiał się, gdy ledwo różowe płatki stały się intensywnie czerwone, a sam kwiat skulił nieco swój kielich, stając się drobniejszą. - Zarumieniła się - wyjaśnił, gdy kątem oka dostrzegł zaskoczoną minę kochanka.
Mimo swojej próżności kwiaty Norei cechowała pewna doza nieśmiałości. Ich wdzięczenie się i kwieciste zaloty były jedynie stwarzanymi pozorami, by uzyskać więcej słońca niż faktycznie mogły dostać.
Atraviel słysząc słowa Druida, mimowolnie uśmiechnął się. Puszcza była niezwykła i z każdym kolejnym dniem coraz bardziej go fascynowała, a myśl, że któregoś dnia będzie musiał ją opuścić, ciążyła mu na sercu, ściskając je boleśnie i pozbawiając życiodajnego rytmu. Pokochał to miejsce, gdzie każda roślina posiadała własną duszę. Świadomość, która sprawiała, ze były tak od siebie różne, cechujące się własną indywidualnością. Nie były zwykłymi, pustymi i pozbawionymi życia roślinami, które tylko pięknie wyglądały. Nie wystarczyły im promienie słońca czy odrobina wody, by przetrwać długie miesiące i lata. Potrzebowały specjalnej opieki, pomocy w różnych dolegliwościach, rozmów z innymi istotami. Śpiewały całymi dniami pieśni, których zwykła istota, nie będąca ściśle powiązana lasem, nie mogła usłyszeć. Taką istotą był właśnie At, jednak widząc rozpogodzoną twarz Druida mógł domyślić się, że przestały odmawiać współpracy, a nawet podzieliły się wiedzą o swoich dolegliwościach ze strażnikiem.
A to wszystko dzięki niemu. At przybliżył dłonie do kwiatka, który na nowo giął się ku niemu. Oczyma wyobraźni widział na jej miejscy drobną dziewczynę, która trzepotała zalotnie rzęsami i nawijała na palec kosmyk płomiennych włosów. Ta wizja nie przerażała go, nie wywoływała żadnych negatywnych odczuć. Kwiaty Norei były przepiękne w całej swej filigranowej istocie, więc ich ludzka wizualizacja nie była odstręczająca. Przynajmniej dopóki nie staną się Driadami. Na samą myśl o boginkach wykrzywił się z niezadowoleniem. Za kilka set lat te śliczne i urocze kwiaty staną się wcale nie uroczą istotą.
- Rozchmurz się, skarżą się - wyszeptał Nive do ucha Atraviela, pochylając się nieco ku niemu. Mężczyzna cieszył się, że zabrał kochanka ze sobą do lasu. Początkowo chciał pokazać mu tylko miejsce swojej pracy, jak to wszystko wygląda, co robi każdego dnia, gdy znika na długie godziny. Teraz jednak zastanawiał się czy nie powinien zabierać go ze sobą każdego dnia. Był pomocny, nawet bardzo. Od dwóch dni próbował wyciągnąć co dolega tym roślinkom, jednak one uparcie milczały. Mamrotały, że jest im zimno, że są niezadowolone, że jest ciemno. Wspiął się dla nich na najwyższe drzewa i pomógł im ułożyć gałęzie tak, by padało więcej światła na polanę bez konieczności łamania ich. Jednak nawet to nie pomogło. Zupełnie nie przyszedł mu do głowy fakt, że skoro Nive czuje od kochanka słońce i sam przy nim rozkwita, spragniona magii Puszcza również go tak odbierze.
Wyjął pustą fiolkę z torby i dwie wypełnione bezbarwnym płynem. Szybko zmieszał je ze sobą, a gdy początkowo pozbawiona barwy ciecz stała się zielona, skraplał delikatnie ziemię tuż przy łodyżkach kwiatków. Miał sporo szczęścia, że było to na niewielkim obszarze, dzięki czemu upora się z tym, w krótkim czasie.
- Co się stało? - powtórzył pytanie At, mając na myśli zarówno reakcję Norei na jego obecność, jak i samą dolegliwość kwiatów, która spędzała Druidowi sen z powiek.
- Był tu człowiek, wbił w to miejsce zatrutą strzałę, której trucizna rozeszła się po glebie i uszkodziła część roślin. Puszcza była w stanie szybko zareagować, jednak nie na tyle szybko, by obeszło się bez ofiar - mruczał cicho, skupiając się na swoim zadaniu. Z wdzięcznością przyjął pomoc młodego kochanka, który odgarniał listki Norei, by substancja trafiła prosto na suchą glebę. - A jeśli pytasz o ich reakcję… Twój zapach, przepełniona ciepłem magia, jasne włosy i błękitne roziskrzone oczy, sprawiają że przypominasz słońce na błękitnym bezchmurnym niebie. - Wyprostował się i spojrzał z uśmiechem na zarumienioną twarz młodzieńca, nieprzywykłego do miłych słów. Wyciągnął dłoń w jego kierunku przeczesując między palcami miękkie kosmyki. Miał ochotę przygarnąć go blisko siebie, objąć, pocałować, muskać dłońmi jasną skórę. Już pochylał się w jego kierunku, delikatnie przytrzymując dłońmi twarz kochanka w miejscu, by spełnić choć część swoich fantazji, gdy usłyszał przeciągły wrzask w akompaniamencie szumów i pisków niezadowolonej Puszczy. Westchnął ciężko, odsuwając się od chłopaka i wstał, otrzepując się z resztek trawy i ziemi. Wciąż miał niedokończone zadanie.
Spakował szybko rzeczy do płóciennej torby i wyciągnął dłoń do kochanka, by pomóc mu podnieść się z podłoża. Pociągnął go w sobie tylko znanym kierunku, przedzierając się przez kolejne warstwy drzew i przemierzając kolejne, mniej lub bardziej rozległe, polany. Nie zatrzymywali się, by podziwiać widoki, choć szedł zdecydowanie wolniej, pozwalając, by Atraviel mógł uważnie rozejrzeć się po otoczeniu. Zapamiętać każdy najmniejszy szczegół, każdy głaz otulony mchelną kołdrą przyozdobioną drobnymi kolorowymi kwiatkami.
Nie puszczał także jego dłoni, choć nie było potrzeby, by przez cały czas trzymał go blisko siebie i strzegł. Puszcza zaakceptowała Atraviela, wiele roślin wręcz go pokochało i łaknęło jego obecności. Swoją magią i wewnętrzną dobrocią skradł serce Ishar (hue hue, sercem jest Nive, hue hue XD). To miejsce mogłoby stać się dla niego domem, gdyby tylko zechciał zostać. Choć Nive widział, jak At spogląda czasami tęsknie w las, jakby szukał drogi, którą może stąd uciec. Dlatego Druid także miał obawy przed tym, by zabierać na obchód kochanka ze sobą. W końcu oznaczało to pokazanie lasu, każdego jej zakamarka. Poznałby drogę by stąd odejść, zwłaszcza kiedy Ishar była tak bardzo mu przychylna. Niczego by nie utrudniła, nie zatrzymywałaby go, nie sprzeciwiłaby się jego woli.
Zatrzymał ich przed ogromnym drzewem, do którego przywiódł go cichy śpiew lasu. Na pierwszy rzut oka wydawało się ono zdrowe i silne, zwykłe drzewo któremu nie działa się żadna krzywda. Stało pośrodku polany, wznosiło się majestatycznie nad innymi drzewami, które przyćmiewała swoim ogromem. Pokryta porostami i mchem, które stanowiły dlań leśną pelerynę, dodającą wyłącznie dostojności. Była jednym z najstarszych drzew, najmądrzejszych, najbardziej oddanych puszczy. Zarazem była jedną z nielicznych, która nie przekształciła swojej duszy w Driadę, nie dała życia nowemu istnieniu, zachowując w pełni swoją świadomość.
Obszedł uważnie całe drzewo, gestem prosząc kochanka, by został w miejscu. Wiedział doskonale po co się tu znalazł i chciał oszczędzić tej wiedzy kochankowi. Przeżył wystarczająco wiele, by dostarczać mu kolejnych negatywnych wspomnień.
Puszcza już nad ranem wszczęła alarm o intruzie na ich terytorium. Domyślał się, że to właśnie Wierzba powstrzymała go przed dalszymi poszukiwaniami. Powietrze w tym miejscu było chłodniejsze, otaczała ich złowroga aura, która wywoływała na ciele gęsią skórkę. Wbrew stwarzanym pozorom wyraźnie dało się odczuć, że stało się coś złego.
Nive poczuł delikatny zapach krwi, zmieszany z wonią wilgotnej gleby i porannej świeżości skroplonej na młodziutkich liściach. Jego oczom zaś ukazało się to, co pozostało z obcego w tym miejscu mężczyzny. Poskręcane zwłoki, nie przypominające już zwalistego, silnego ciała, którym były, zanim Wierzba pochwyciła je w swoje objęcia. Wystarczyło, że stopa nieszczęśnika utknęła między korzeniami, a nie było już ucieczki, ratunku. Nie, jeśli Ishar tak postanowiła. Korzenie Wierzby poruszyły się, oplatając ciało coraz bardziej, mocniej. Wyciskały z płuc powietrze, by następnie wpijać się w ciało do chwili aż to zaczynało puchnąć i pękać, rozrywane ciśnieniem krwi, przebijane łamanymi z głuchym trzaskiem kośćmi. Trzaski te jednak długo zagłuszał krzyk łowcy. Najpierw ten wściekły, gdy nie wiedział co go czeka, gdy przeklinał swoją nieostrożność. Później nadszedł czas na błaganie o pomoc, a gdy ta nie nadeszła, pozostało tylko pełne bólu wycie, świadectwo agonii.
Druid zerknął na Atraviela, upewniając się, że posłuchał jego prośby i został w miejscu.
Stał dokładnie tam, gdzie Nive go zostawił, nie poruszył się ani o krok, choć cała jego sylwetka zdradzała zniecierpliwienie i chęć ruszenia się stąd, udania za Druidem i zobaczenia, co ukrywa przed nim mężczyzna. Siłą woli powstrzymywał się od drążenia czubkiem buta dziury w ziemi czy bezmyślnego wyrywania źdźbeł trawy. Rozglądał się nerwowo po otoczeniu, bojąc się, że gdy tylko Nive całkiem zniknie z pola widzenia, Puszcza przypomni sobie, że jest intruzem na tej ziemi i… Pokręcił szybko głową, odganiając od siebie te myśli. W końcu gdyby Nive nie miał pewności, że zostawiając go na chwilę nic mu się nie stanie, zabrałby go ze sobą. Nie poprosił, by został tutaj.  Wychylił się lekko w bok, próbując dostrzec co takiego znajduje się za grubym pniem. Nie mógł zobaczyć jednak więcej niż szybkie i gwałtowne ruchy Nive, zdradzające pośpiech i zdenerwowanie.
Strażnik Puszczy zaś w pośpiechu usuwał wszystko co mogło stanowić potencjalne zagrożenie dla mieszkańców Ishar. Korzenie i nasiąknięta krwią ziemia z chęcią oddawały metalowe płyty, poskręcane, o ostrych krawędziach mogących stać się pułapką dla nieostrożnego mieszkańca lasu. Sterta pogiętej blachy ledwie jedynie przypominała bogaty, solidny pancerz łowcy, zdobiony niegdyś wytrawionym kwasem, zawiłym wzorem. Również miecz, niegdyś ostry i śmiercionośny ugiął się pod siłą wiekowego drzewa, pękł, zmieniając się w kolejny kawałek złomu. Nawet liczne klamry, groty strzał, wszystko to ułożone zostało pieczołowicie w bezkształtny stos, ociekający krwią i zlepiony wilgotną glebą. Wciąż niosący groźbę, lecz widoczny teraz, by Nive mógł zawlec go na skraj Puszczy. Oddać ludziom to, co wnieśli do tego świata, a co znaleźć się w nim nie powinno. 
Zrobi to jednak później. Teraz miał jeszcze dużo pracy, teraz ktoś inny wymagał leczenia, uwagi. Otarł więc dłonie w zroszoną mżawką roślinność, tak by zmyć z nich choć krew i wstał. Wiedział, że przyjdzie mu nadłożyć drogi, przyjść tu po raz drugi, zabrać to, co Wierzba znów oplotła klatką ze swych wici, chroniąc przed tym inne istoty. Nie chciał jednak, by wpatrujące się w niego ze zniecierpliwieniem, błękitne oczy ujrzały jak wiekowe drzewo znów rusza swe korzenie, pochłania zmasakrowane zwłoki, by wyciągnąć z nich resztki życia i magii. 
- Idziemy dalej - rzucił druid, siląc się na uśmiech i prowadząc Atraviela może nieco zbyt szybko, kolejną z leśnych ścieżek. Chciał się oddalić, pozostawić za sobą chłód i ciężar towarzyszący śmierci. Jak najprędzej zmyć z siebie odór krwi, mając nadzieję, że jego kochanek nie zdoła go wyczuć. Tak bardzo chciał go chronić, odciąć wreszcie od świata, który wyrządził mu tak wielką krzywdę, sprawić, że zapomniałby o tym i na stałe porzucił lęk i  niepewność co do swego losu. Tutaj było jego miejsce, tutaj był bezpieczny, tu, gdzie on mógł go chronić, jak chronił wszystko co było mu drogie. 
Atraviel jednak wiedział. Nie trudno mu było się domyślić. Wystarczył zapach, lekki dźwięk metalowych części stykających się ze sobą. Miał nawet podejrzenia kim był zmarły. Zwykli wieśniacy czy choćby kłusownicy nie nosili wzmacnianych stalowymi płytami pancerzy, nie mieli naramienników z wytrawianymi na nich gadzimi oczyma. Mimo to chłopak był niezwykle wdzięczny druidowi. Czuł ciepło wokół serca na myśl o tym, że mężczyzna chciał go chronić. 
Gdy doszli do niedużego strumienia Nive przykląkł na brzegu, by móc umyć ręce, gdy wyprostował się ponownie poczuł, jak ramiona Ata oplatają się wokół niego, gdy chłopak wtulił policzek w jego szerokie plecy. 
- Dziękuję - wyszeptał jasnowłosy.
- Za co? - Druid nie mógł powstrzymać uśmiechu i choć miał ogromną ochotę obrócić się i przyciągnąć Atraviela do siebie, nie zrobił tego.
- Za wszystko, a najbardziej za to, że mogą tutaj być... z tobą - At mocniej wtulił się w silne, ciepłe ciało mężczyzny. Było mu tutaj tak dobrze... 
Nive odetchnął głęboko, dłonią przykrywając szczupłe palce, zaciskające się na przedzie koszuli. Pogładził kciukiem wierzch dłoni kochanka, przeklinając w duchu swoją słabą wolę. Nie rozumiał dlaczego nie potrafił się oprzeć Atravielowi. W końcu to on był starszy, miał więcej doświadczenia życiowego i to on z ich dwójki był Driadą. Więc dlaczego jasnowłosemu z taką łatwością przychodziło owinięcie sobie Nive wokół palca? Druid miał wrażenie, że niekiedy nie działa to w drugą stronę. Ale nie potrafił narzekać. Nawet nie chciał.
- To ja powinienem ci dziękować - wymruczał odwracając się przodem do kochanka. Przygarnął go mocno w swoje ramiona i wtulił nos w pachnące słońcem jasne włosy. W duchu przepraszał Ishar za opóźnienia, jednak nie był w stanie dłużej walczyć z pragnieniami swojego ciała. Ciała które wręcz wołało o bliskość i ciepło tego drugiego. - Cieszę się, że zaufałeś mi, bym mógł cię opatrzyć i zająć się tobą. Że nie uciekłeś, nie stawiałeś oporu, nie próbowałeś się buntować - mruczał cicho, z każdym słowem zsuwając dłonie coraz niżej i niżej. 
Zacisnął palce na pośladkach młodzieńca, przyciskając go mocniej do swojego ciała. Ustami muskał długą szyję, z każdym kolejnym pocałunkiem zapominając o Ishar, o obowiązkach, które na niego czekały. Zapominał o otaczającym go świecie, oddając się w pełni gorącu, które pochłaniało ich ciała. Więziło w płomiennej klatce i nie pozwoliło wydostać się, póki całkiem nie spłoną w tym ogniu.

sobota, 26 grudnia 2015

Kilka słów prawdy.

Po odejściu driady Atraviel nie potrafił przestać gniewnie prychać i fukać. Był rozjuszony, miał ochotę coś zniszczyć, zmieść w najdrobniejszy pył. Najchętniej to leśną boginkę, która wciąż krążyła wśród drzew wokół polany, bacznie ich obserwując. Mógłby teraz wyjść, zostawić nieświadomego jego celów i pragnień Druida w chacie, który zajął się przygotowaniem dla nich posiłku po męczącym dniu.
At zwabiłby driadę, która chętnie wygarnęłaby mu wszystko co ma mu za złe. Nie wiedział czym ta sytuacja była spowodowana, ale chciał wiedzieć. Bardzo chciał poznać prawdę, jednak Nive ignorował wszystkie jego próby wyciągnięcia z niego informacji. Udawał, że nie słyszy pytań, całą swoją uwagę skupiał na kawałku mięsa, który miał zdecydowanie więcej przypraw na sobie niż driada posiadała kochanków. At poważnie zwątpił w zjadliwość steku, jednak nie chciał się mieszać w sprawy kucharzenia Druida. Najwyżej będą musieli pić obrzydliwe zioła, by załagodzić skutki uboczne tak nadmiernego dopieszczania posiłku.
Zerknął przez drzwi, ku skraju lasu. Widział jak boginka przemyka między drzewami, przystaje, patrząc się na niego złowrogo. Domyślił się, że tę dwójkę coś łączyło. I to wielkie coś, o którym sama myśl wzburzała krew w żyłach jasnowłosego. Tylko tym się nakręcał, pragnął coraz bardziej wyjść, skonfrontować się z rzeczywistością, zmierzyć się z kobietą i… Dotkliwie ją skrzywdzić.
Z satysfakcją przyglądałby się jak jej ciało powoli staje w płomieniach. Zaczyna się od nadgarstka i przechodzi dalej, rozprzestrzenia się na kolejne części ciała. Przedramię, ramię, szyję, brzuch, długie nogi. Wytapia białka, złuszcza i zwęgla skórę, która odpada płatami, odkrywając przed nim czerwoną i gorącą jak lawa krew. Stałby i patrzył na to dopóki nie zostaną po niej same zgliszcza. Zdeptałby je potem, upewniając się, że mieszają się z ziemią. W końcu tam było jej miejsce. Głęboko zakopane pod warstwą mchu, tam gdzie nikt jej nie dosięgnie, a Puszcza nie będzie nawet świadoma jej istnienia.
Przez jego ciało przeszedł potężny dreszcz zwiastujący przyjemność. Przeraziło go to. Wystraszyły go jego własne myśli, oraz satysfakcja, jaką mu one sprawiały. Jednak jedna rzecz zadziałała na niego niczym zimna woda, wylana wprost na jego głowę. Otrzeźwiło jego myśli, pozbywając się tego nieznośnego pragnienia, które napędzało w nim nienawiść.
Uświadomił sobie, że krzywdząc driadę, skrzywdziłby i Druida. Mężczyzna ocalił go, udzielił mu schronienia, sprawił, że był pierwszą istotą, której zaufał i nie zawiódł się na tym. Troszczył się o niego, był niezwykle delikatny i… Stał mu się tak bliski, jak jeszcze nikt inny. Atraviel nie chciał tego utracić, chciał się tym wszystkim nacieszyć, nim będzie musiał w końcu rozpocząć dalszy etap swojej podróży.
Dlatego tym bardziej, wizja stania się wrogiem puszczy, która niosła za sobą wiele konsekwencji, była niemalże paraliżująca. Gdyby Ishar odwróciła się przeciwko niemu, Nive nie zawahałby się, by pozbyć się jasnowłosego. Wygnałby go lub zabił. W każdym razie wszystko prowadziłoby do tego, że oddzielono by go od starszego mężczyzny.
- Dziś wieczór musimy zadowolić się owocami - usłyszał szept Druida i poczuł oplatające go silne ramiona w pasie. Zamruczał cicho i odchylił głowę lekko na bok, gdy Nive zaczął obsypywać drobnymi pocałunkami jego długą szyję. Z pewnością zadowolą się owocami - pomyślał chłopak i zaśmiał się cicho przylegając mocniej do torsu mężczyzny.
Nive czekał na ten moment cały dzień. Kiedy zostaną sami, a on znów będzie mógł być tak blisko młodzieńca, jak tylko będzie chciał. Westchnął z zachwytem wyczuwając ten delikatny, charakterystyczny zapach kojarzący się ze słońcem. Wtulił nos w zgięcie szyi chłopaka, skąd wydawał się on intensywniejszy. Powoli stawał się głodny, jednak był to innego rodzaju głód. Spalający od środka, ściskający wręcz boleśnie podbrzusze. Pragnący drugiej istoty obok, tak blisko i długo, aż ten głód pochłonie go do reszty. Przesunął dłonie niżej, zaciskając palce na biodrach kochanka, które przycisnął mocniej do siebie.
- Mieliśmy wziąć kąpiel - wymruczał At, muskając ustami ucho druida. Niby całkiem niechcący, a jednak z ogromną satysfakcją, szczególnie, gdy przyszło mu usłyszeć niski pomruk mężczyzny. Podobało mu się to, oj bardzo podobało. Mimowolnie cofnął się, ciągnąc za sobą swojego kochanka, a gdy jego pośladki oparły się o blat tego okropnego, koślawego stolika, który miał przez chwilę ochotę wyrzucić za driadą, z zadowoleniem stwierdził, że mebel może jednak na coś się przydać.
Nive uniósł chłopaka, sadzając go na blacie, pozwalając, by At oplótł go udami i wpijając się w jego usta. Mocno, z pasją, której sam po sobie się do niedawna nie spodziewał, a teraz była ona czymś tak naturalnym jak oddychanie.
Hałas jaki przetoczył się echem po chatce druida zagłuszył wściekłe przekleństwo, które wyrwało się z ust Atraviela, gdy to znienawidzony mebel... zmienił się w kupkę drewna. No tak... Był nie tylko pokraczny, ale na dodatek właśnie postanowił się wyjątkowo perfidnie zemścić w jedyny możliwy sobie sposób. Wystarczyło, by Nive oparł się o niego mocniej, pragnąc znaleźć się jeszcze bliżej młodzieńca, a krzywe, drewniane nogi pękły z głuchym trzaskiem. Oboje wylądowali na ziemi.
- Wszystko dobrze? - spytał druid, podnosząc się pospiesznie i pomagając wstać blondynowi.
- T-tak... - sapnął, otrzepując się i łypiąc z niechęcią na cały jeszcze o dziwo blat. Odetchnął jednak głęboko. Nie chciał pozwolić, by cokolwiek im teraz przeszkadzało. Wciąż czuł przyjemne ciepło i słodkie wręcz mrowienie, przebiegające przez kręgosłup. Chciał więcej. Wiele więcej. Chwycił więc silną, szorstką dłoń czarnowłosego i uśmiechając się pociągnął mężczyznę za sobą do wyjścia. Mógł ten bałagan i sam osobiście posprzątać, tylko później... Bardzo później...
Nive przysunął się do Atraviela złapał zdecydowanie za jego biodrach. Podniósł chłopaka nieco w górę, pozwalając, by objął go udami w pasie. Sam przesunął dłonie na pośladki kochanka z lubością  zaciskając na nich palce. Zamruczał nisko, gdy At poruszył się w jego objęciach, sprawiając że dolna część ciała chłopaka naparła na naprężonego członka Druida. Syknął w usta jasnowłosego, przygryzając mocno jego wargę. Nie sprawiło to, że At wycofał się, kazał zatrzymać i wypuścić go z objęć. Wręcz przeciwnie. Delikatne iskierki bólu były dodatkowym bodźcem podkreślającym odczuwanie przyjemności. Jasnowłosy objął dłońmi twarz Nive zmieniając czuły i delikatny do tej pory pocałunek w bardziej namiętny i zdecydowany.
Mężczyzna szedł szybko i zdecydowanie, jednak przez delikatne pieszczoty, którymi raczył go młody kochanek, miał wrażenie, że do tego źródełka wcale nie dotrą. Miał ochotę położyć go na trawie, zerwać z niego ubrania i kochać się z nim pod odsłoniętym nieboskłonem. Chciał zawstydzić leśne istoty, gwiazdy, Isilthae i jej wilka.
Nie mógł się doczekać, aż dotrą na miejsce. A Puszcza im tego nie uniemożliwiała. Każdy kamyczek czy wystająca gałązka, niknęły pod mchelną warstwą, by nie narażać pary kochanków na upadek, kiedy byli tak bardzo zaaferowani sobą.
Skupieni na sobie, nie dostrzegali tego, co dzieje się wokół nich. Nive instynktownie omijał drzewa, doskonale pamiętając ich położenie. Nie był w stanie spuścić spojrzenia z zarumienionej twarzy kochanka, zaczerwienionych lekko rozchylonych ust, którymi zaczerpywał potężne hausty powietrza. Mętny wzrok Atraviela, przysnuty mgiełką pożądania, zostawiał palące ślady na skórze Nive, gdy ten przyglądał mu się z równą fascynacją.
Mężczyzna niemalże zatrzymał się w miejscu, czując jak szczupłe i zgrabne palce, delikatnie rozplątują pas, przytrzymujące spodnie Druida. Wsunęły pod materiał i zacisnęły na wpół twardej męskości Druida. Członek drgnął i stwardniał pod wpływem dotyku, unosząc się ku górze, zachęcając do dalszych pieszczot i zabaw. At uśmiechnął się z zafascynowaniem, nie mogąc oderwać spojrzenia od czerwonej główki. Nie przejmował się tym, że odchylił się niebezpiecznie do tyłu i gdyby nie siła Nive, już dawno wylądowałby boleśnie na ziemi.
Na szczęście dla Druida, znaleźli się już przy źródełku. Inaczej musiałby urzeczywistnić swoje myśli sprzed chwil o mchu i gwiazdach. A nie taki miał przecież plan.
- Rozbierz się i wejdź do wody - warknął, poluźniając uścisk rąk, by młodzieniec mógł stanąć na ziemi. Zrobił to mało zgrabnie, a kiedy tylko stopy chłopaka zetknęły się z podłożem, nogi ugięły się pod ciężarem jego ciała. Nive przytrzymał chłopaka, powstrzymując się jednocześnie od tego, by ponownie przyciągnąć go blisko siebie. Wiedział, że wtedy by go nie wypuścił ze swoich objęć.
Chciał go widzieć w źródle. Opierającego się o wilgotne kamienie, zaciskającego na nich palce, łapiącego gwałtownie oddech. Zawarczał cicho, gdy ta wizja zaatakowała jego umysł nagle, gwałtownie i za nich nie chciała go opuścić. Był tak skupiony na tym, że nawet nie zarejestrował kiedy Atraviel wykonał jego polecenie i teraz stał w źródełko i przyglądał się mu nutką rozbawienia.
- Dołączysz do mnie wreszcie? - spytał blondyn zadziornie, obrzucając druida łakomym wzrokiem.
Słysząc te słowa, ich ton Nive poczuł jak jego krew krąży jeszcze szybciej, uderzając do głowy i rozlewając się wrzącą falą po całym ciele. Niemal zerwał z siebie ubrania, by już po chwili wpić się niemal brutalnie w usta kochanka. Pragnął go niesamowicie, na dodatek z każdym pocałunkiem, dotykiem coraz bardziej i bardziej. I dał upust tym pragnieniom w tym jak jego usta zachłannie łączyły się z ustami Atraviela ledwie pozwalając mu zaczerpnąć tchu, w przyspieszonych, stanowczych ruchach dłoni z lubością błądzących po szczupłym, drżącym lekko ciele, które przyciskało się do niego kurczowo, pragnąc wciąż więcej.
I po raz kolejny palce Nive zanurzyły się w leczniczej maści, skrzętnie schowanej w kieszeni, by przydać się w takiej właśnie chwili, a następnie z lubością odnalazły gorące wnętrze młodzieńca. Tym razem jednak gwałtowność targających kochankami uczuć sprawiła, że nic nie było powolne i delikatne. Wszystko co robili zdradzało irracjonalny pośpiech. Było szybkie, gwałtowne, a mimo to zbyt wolne, zbyt wiele wydawało się dzielić ich od spełnienia.
Druid obrócił chłopaka w swoich ramionach, tyłem do siebie. Skubał przez chwilę jego kark, błądził dłońmi po jego klatce piersiowej, brzuchu i niżej, pieszcząc jego nabrzmiałą męskość. Zaraz jednak z głośnym warknięciem chwycił go za biodra, zmuszając przy tym, by pochylił się, opierając dłonie na kamieniach. Wizja, która prześladowała go tak uciążliwie spełniła się z chwilą, w której z gardłowym pomrukiem wszedł w Atraviela. Być może za wcześnie, zbyt szybko, ale nie potrafił dłużej czekać. Nie tylko on z resztą, bo i At gnany pragnieniem przyjemności, które owładnęło go całkowicie, poruszał biodrami, starając się nadążyć za szybkim i mocnym rytmem, jaki narzucał czarnowłosy. Jego ciało jednak drżało, przeszywane co ułamek chwili nowymi spazmami rozkoszy, wyciskającymi z jego zaciśniętego gardła kolejne urywane krzyki i przeciągłe jęki, które odbijały się echem pośród Puszczy. A ta chętnie wsłuchiwała się w pieśń pełną pragnień i żądzy.
Nive nęcony tym jak ciało jego kochanka reagowało na każdy najmniejszy ruch, przyspieszył, by dać spełnienie nie tylko sobie, ale i Atravielowi, który opadł ciężko, starając się złapać oddech i z lubością przyjmując chłodny powiew wiatru owiewający jego rumiane policzki.
Druid przyciągnął jasnowłosego do siebie, sadzając go sobie na kolanach, obsypując jego czerwoną twarzyczkę czułymi pocałunkami, gładząc policzki, ostrożnie muskając dłońmi jego dygoczące wciąż ciało. Taki At był dla niego najrozkoszniejszym widokiem, zmęczony niczym innym jak uprawianą chwilę wcześniej miłością. I nie chciał dzielić się tym widokiem z innymi. Dlatego, kiedy ujrzał zbliżające się Driady, zachęcone odgłosami i zapachem, zawarczał groźnie, przytulając mocniej do siebie chłopaka. Uznał, że to właśnie Atraviel je zainteresował, wyczuł zagrożenie. Nawet przez myśl nie przeszło mu, że mogły pragnąć czegoś, a nawet kogoś, innego. Posyłał im spojrzenia obiecujące tak wiele cierpienia, ile mógł z siebie wykrzesać. Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy ostatnia z boginek w popłochu zniknęła między roślinnością.

21 Liryth, 654 rok drugiej ery.
Atraviel siedział przed chatą ostrożnie i z dokładnością rysując widzianą przez siebie roślinę i zapisując pod nią to co rankiem zdążył powiedzieć o niej druid. Nawet jeżeli chłopak miał dobrą pamięć, to wolał wszystko zapisać, właściwości, zastosowanie i to jakie części rośliny do czego były dobre. Tak na wszelki wypadek, a przy okazji pomagało mu to zapełnić wolny czas. Zdążył już naprawić stolik, który nie był już taki wstrętny, choć blat i nieszczęsna kość dalej wliczane były w jego komponenty. Nie wiedział czemu zatrzymał owy wielgachny gnat. Chyba mu on w dziwny sposób pasował nie tylko do wystroju wnętrza, które miał małe zamiary nieco naprostować pod swoją tu obecność, a przede wszystkim do samego druida. W końcu mężczyzna przytaszczył tu swoje znalezisko z jakiegoś konkretnego powodu. Może po prostu mu się spodobało? Może miało jakąś historię? At tego nie wiedział, wiedział za to, że dobrze jest zachować takie kawałki wspomnień, choćby tylko po to, żeby rzucić na nie okiem gdy czuje się pustkę w sercu.
Mebel był teraz o wiele solidniejszy i nawet odpowiednio wypoziomowany. Blat stał się bardziej okrągły, choć do idealnego okręgu dalej mu nieco brakowało, podpierała go kościana noga. Tym razem jednak opleciona solidnie odpowiednio giętym drewnem, które stanowiło zarówno dolną podporę, stabilną i solidną, jak i trzymało blat. At nie omieszkał sprawdzić wytrzymałości swojego dzieła wchodząc na nie i podskakując. Wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku i nawet z wyglądu stoliczek nabrał dość sporo pozytywów. Z resztą w jego zrobienie włożono sporo magii, nawet jeżeli drewno, materiał, który kiedyś był żywy, nie wymagał znacznych zasobów siły magicznej, by można było manipulować jego kształtem. Wystarczyło wiedzieć co chce się zrobić, bo raz gięty magicznie przedmiot trudno było wykorzystać ponownie.
At odłożył szkicownik i uniósł mapę. Zaznaczył już na niej Ishar i niedużą, przynajmniej taka powinna być, rzeczkę, w której niemal utonął.
- Co robisz? - usłyszał tuż obok siebie i wzdrygnął się.
- Nie strasz mnie tak - sapnął, ale zaraz oparł się o Nive, który usiadł obok niego. Chłopak nie potrafił pojąć jak ktoś postury mężczyzny może poruszać się tak cicho.
- Wybacz - wymruczał ten, w ramach przeprosin i pogłaskał jasną czuprynę z czułością. - Więc?
- Ogólnie to się nudziłem - wzruszył ramionami. Żałował, że nie mógł iść z druidem na jego obchód. Było jednak na to chyba za wcześnie, o ile będzie mu to w ogóle dane. - Zdążyłem naprawić stolik, mam nadzieję, że ci się spodoba i nieco opisałem te kilka roślin, o których mi opowiedziałeś, a tu... tu zaznaczyłem na mapie nasze położenie. Swoją drogą to dotarło do mnie jak bardzo jest niedokładna. Nie ma tu nawet co mniejszych wiosek, o rzekach nie wspomnę, bo są tylko te główne, a całą Puszczę ktoś skrzętnie ominął. Ale może to i dobrze... Przynajmniej nie rozejdzie się zbyt szybko, że jest tu magia. - Chłopak zwinął kawałek papieru i włożył go do swojej torby, mimowolnie sięgnął po miedziany medalik.
- Stało się coś? - spytał Nive, widząc jak uśmiech na twarzy młodzieńca blednie.
- To nic takiego... Po prostu to należało do mojej mamy - wyjaśnił. - Zastanawiam się co teraz robi, jak sobie radzi ona i Rissa, moja siostra.
- Tęsknisz za nimi.
- Tak - przyznał At. - I martwię się, choć... Jestem pewien, że beze mnie będzie im lepiej. - Nie bardzo miał ochotę o tym mówić, choć... może nie do końca nie miał ochoty, co nigdy, nikomu o tym nie mówił. Nie zwierzał się, nie żalił. Znosił to, co serwował mu los, nawet jeżeli jego niespokojny duch zmuszał go czasem do walki i szukania rozwiązań. Nikogo jednak nie ośmielał się obarczać swoimi bolączkami, bo jak mógł to robić? Jedyne na świecie dwie bliskie mu osoby poświęcały dla niego to co miały najcenniejsze, swoje życia. Wyczuwał jednak nieme pytanie, ciekawość, ale przede wszystkim chęć pomocy, jaką oferowały oplatające się wokół niego ramiona druida. Postanowił więc mówić dalej. - Życie z kimś takim jak ja jest ciężkie. Odkąd byłem dzieckiem trzeba mnie było ukrywać przed łowcami niewolników i innymi ludźmi chętnymi żeby sobie dorobić. Mama nie wiedziała komu ufać, więc nie ufała nikomu, a ja... - At westchnął ciężko - nie ułatwiałem jej życia. Kiedy byłem dzieckiem i moja magia ledwie się budziła nie panowałem nad nią. Wystarczyło, że się zdenerwowałem czy podekscytowałem, a coś wokół mnie fruwało, płonęło... Przez to byliśmy zmuszeni przenieść się do domu praktycznie leżącego w lesie. Mamie nie było łatwo, ze wszystkim była praktycznie sama, nie miała przyjaciół, ba, nawet znajomych. Zupełnie jakby nie wystarczyło już to, że sama jest pół elfem i samo to sprawiało, że ludzie niezbyt przychylnie się do niej odnosili. Nawet gdy podrosłem nie mogłem jej pomagać za dnia, bo ktoś mógłby mnie zauważyć. Później pojawił się ten...
Nive wzmocnił uścisk, gładząc delikatnie ramię chłopaka, czując jak ten spina się na jakieś mało przyjemne wspomnienie, które teraz zawładnęło jego umysłem. Sama z resztą treść słów chłopaka wystarczyła, by pragnął z całych sił mocniej przygarnąć to jasnowłose, przygnębione stworzenie.
- Później pojawił się Nurick... myślałem, że jest przyjacielem mojej mamy. I takiego z resztą bardzo dobrze udawał. Nie próbował mi nigdy zastąpić ojca, o nie, ale... tolerował mnie, wiedział o mnie, to mi wystarczało. A przynajmniej tak to czułem kiedyś. Gdy urodziła się moja siostra miałem osiem lat, mimo, że ani matka, ani on nigdy nie powiedzieli tego otwarcie to nawet jako dzieciak zdawałem sobie sprawę z tego, że Rissa to jego córka. Myślałem wtedy, że... No, że będziemy rodziną. Taką w miarę normalną. Lata jednak mijały, a nic się nie zmieniało. Przynajmniej do czas kiedy... - At ponownie zwiesił głos, mimo to zaczął mówić dalej, gnany jakąś wewnętrzną potrzebą wyjawienia komuś tego co się stało, nawet jeżeli druid miałby go za to potępić. - Ja szukałem mamy, wieczorem... Rissa była wtedy chora, miała gorączkę, a mama miała tylko na chwilę iść do wioski, tylko, że długo nie wracała. Znalazłem ją z nim... w jego domu. Mama płakała, była prawie naga, próbowała się wyrwać, a on ją uderzył. Zaczął warczeć, że ma mu dać co chce, tak, jak to grzecznie zawsze robiła, żeby jej bękart był bezpieczny... Nie potrafiłem się odwrócić i odejść. Byłem tak wściekły jak jeszcze nigdy. Wszedłem do środka, mama widząc mnie uciekła... Chyba sama nie wiedziała co ma ze sobą zrobić i jak na mnie spojrzeć, tylko, że ona nie zrobiła nic złego. Za to on... Wziąłem nóż i poderżnąłem mu gardło. Tak po prostu patrzyłem jak się wykrwawia i czułem ulgę. Później spaliłem wszystko. Widzieli mnie ludzie z wioski. Nie mogłem tam dalej zostać. Wpadłem do domu, zabrałem kilka rzeczy... Mama chciała mnie zatrzymać, ale ja nie umiałem znów ich narażać. Uciekłem.
Atraviel zamilkł, nawet jeżeli nie był to koniec jego historii, to nie potrafił powiedzieć nic więcej. Mógł tylko skulić się, obracając w dłoni chłodny metal, ostatnią pamiątkę, po kimś kogo wciąż kochał.
Informacja, którą właśnie podzielił się z Druidem Atraviel, była dla mężczyzny sporym zaskoczeniem. Zerknął na spochmurniałą twarz kochanka i starł kciukiem wilgotne ślady z jego policzków. At był młodziutki, pewnie nawet nie osiągnął wieku pełnoletności. Powinien spędzać czas z przyjaciółmi, włóczyć się bez celu po okolicznych wsiach i miasteczkach, poznawać sekrety i uciechy młodzieńczego życia.
A tymczasem przeżył więcej niż niejeden starzec. Zmuszony ukrywać się i uciekać, znalazł się w końcu w miejscu, które nawet nie widnieje na mapie. Otoczony istotami, które nie są nastawione do niego przyjaźnie, może jedynie liczyć na pomoc od obcego mężczyzny, który równie dobrze mógłby go sprzedać za sporą sumę monet i żyć za nie do końca swych sędziwych dni.
Nawet Nive, dojrzały osobnik, który gołymi rękoma potrafi powalić najpotężniejsze stworzenia Puszczy, nie wykorzystując do tego nawet całej swojej siły, czuł się przerażony w obliczu tego, co spotkało Atraviela. Nie wiedział czy podołałby takiemu zadani, będąc w tak młodym wieku. Jego wychowała Ishar, w jej granicach był bezpieczny. Chroniła go, dopóki nie dorósł i sam nie był w stanie przejąć tego ciężkiego zadania i odwdzięczyć się jej za wszystko, co dla niego zrobiła.
Nie wiedział co mógłby powiedzieć, by ukoić lęk jasnowłosego i wygnać z jego umysłu wszelkie nieprzyjemne myśli. Widział jak marszczy czoło i przygryza nerwowo wargi, ucieka spojrzeniem na boki, nie chce patrzeć wprost na Druida. Lękał się, w końcu jego tajemnica wyszła na jaw i nie było w tym ani krzty pozytywnych wieści.
Druid zrobił więc jedyną rzecz, która przyszła mu na myśl. Pochylił się lekko do przodu, przytrzymując twarz chłopaka, by nie próbował nawet odwrócić głowy, kiedy zaczął składać na jego ustach delikatne niczym muśnięcia motyla pocałunki. Nie wiedział ile czasu tak spędził, muskając czule i z uczuciem wargi jasnowłosego, nie pogłębiając pieszczoty, choć niezmiernie go korciło. Odsunął się dopiero, gdy usłyszał cichy śmiech Atraviela, a w błękitnych oczach pojawiły się radosne ogniki. Uśmiechnął się zadowolony z tego, że udało mu się poprawić humor kochanka. Bądź co bądź, w nieco prymitywny sposób.
- Bałem się, że będziesz mnie potępiał - powiedział cicho, a z jego ust nie schodził delikatny, figlarny uśmieszek, na którego widok Nive z ledwością mógł powstrzymać przyjazne pomruki.
- Dlaczego miałbym cię potępiać, ślicznotko? - Uniósł lekko grubą brew, patrząc z zaskoczeniem na kochanka, który spuścił wzrok na swoje dłonie, przyglądając się uważnie różowym bliznom, które kiedyś były nieprzyjemnie wyglądającymi ranami.
- Tak mnie jeszcze nikt nie nazywał. - At zaśmiał się głośno, opierając czoło na ramieniu mężczyzny. Przyłożył palce do szerokiej piersi, wzdychając z zadowoleniem, gdy pod opuszkami wyczuł szybkie i mocne bicie serca mężczyzny. Było w tym coś kojącego, uspokajającego, poskramiającego wewnętrzny strach i dającego tyle odwagi, że można było sprostać każdemu zadaniu. Nie ważne jak trudne i przerażające mogło się wydawać. - Zabiłem człowieka, z zimną krwią. Nie czułem strachu, nie miałem po tym poczucia winy. No… Może troszkę. Ale gdybym miał cofnąć się do tamtej chwili, zrobiłbym to ponownie.
- I za to mam cię niby potępiać? - Nive zapytał zdumiony, obejmując mocno Atraviela, przyciągając go tak bisko siebie, że bliżej znajdować się nie mógł. - Zrobiłeś to, co uważałeś za słuszne - dodał jedynie, nie próbując przeciągać dalej tego tematu. Nie czuł się w obowiązku potępiać chłopaka czy próbować mówić, jak wiele zła uczynił. W końcu w wyniku tego zdarzenia powstało coś dobrego, choć sam Atraviel zapłacił za to ogromną cenę. Sam Nive zabił w swoim życiu wiele osób, w mniej lub bardziej okrutny sposób. Doskonale rozumiał motyw młodzieńca, obrona najważniejszej rzeczy w naszym życiu często stoi ponad moralnością. I Druid nie widział w tym nic złego. Wręcz przeciwnie. Był nawet pod wrażeniem odwagi jasnowłosego, że zdobył się na taki krok, chociaż działał w afekcie. Jednak nie poddał się, kiedy przyszło mu porzucić ostoję wśród osób, które szczerze go kochały.
Był odważny, uparty w pozytywnym tego słowa znaczeniu, a zarazem wydawał się tak kruchy, na skraju załamania, że Nive uczyniłby wszystko, by zatrzymać go przy sobie. W miejscu, które jest bezpieczne, gdzie nikt nie będzie pragnął jego krzywdy, gdzie nie będzie się wyróżniał, gdzie będzie równy każdej innej istocie. Gdzie będzie razem z Druidem. Tak, to było w tym wszystkim najważniejsze. Nie to, by został w Ishar, ale by pozostał tutaj razem z Nive. Nie tylko on tego pragnął, słyszał cichy śpiew Puszczy, wypełniający radością serce. Podchwyciła ten pomysł.
Przeczesał palcami jasne włosy Atraviela, przyglądając się z niechęcią krańcowi polany, gdzie mógł z łatwością dostrzec natrętne boginki, które nagle zaczęły interesować się jego życiem.
Jasnowłosy opowiedział mu o części swojego życia, zdradził jedną z największych i najważniejszych tajemnic. Zaufał mu, otworzył się przed nim. Więc może nadszedł i czas, by Nive opowiedział coś o sobie? Nie czuł żadnego przymusu, jednak chciał odwrócić uwagę młodzieńca od jego własnych problemów. Skupić jego myśli na czymś innym, nawet jeśli wcale nie będzie to przyjemne. Przynajmniej nie będzie dotyczyło to bezpośrednio niego.
- Lorelei - powiedział, zastanawiając się jak powinien ująć dalej to, co chciał powiedzieć. By niczego nie zapomnieć, niczego nie przekręcić. Nigdy tego nikomu nie opowiadał, trzymał zawsze w sobie. Wydarzenia jawiły się w jego głowie bez ładu i składu, w chaotycznym, tylko sobie znanym porządku. Zebranie  ich razem, ułożenie chronologicznie było zdecydowanie trudnym zadaniem. - Tak na imię ma driada, którą miałeś wątpliwą przyjemność poznać. Jest… Była kimś na kształt mojej narzeczonej. Tak to się chyba nazywało za granicą Ishar. Przeznaczona partnerka, której powierza się wszystko co się posiada.
Atraviel słuchał słów mężczyzny, starając się mu nie przerywać, ale jakoś dziwnie go to... ukłuło? Druid miał narzeczoną... kogoś dla siebie ważnego? Chciał w tym miejscu zadać milion i jedno pytanie, tak, żeby nie musieć zadawać tego najważniejszego i najbardziej go interesującego. Nie zrobił tego jednak mając nadzieję, że jego rozmówca sam wszystko wyjaśni.
- Nie zrozum mnie źle - kontynuował mężczyzna ku uciesze chłopaka - nie chciałem tego i cały czas się opieram. Jednak moja matka zaplanowała to wszystko na długi czas przed moimi narodzinami. Jak pewnie wiesz, driady nie zrodziły się z ciała. Są to zmaterializowane dusze roślinności, które przeżyły wiele lat i uzyskały swoją własną świadomość. Opuściły roślinność, składając z magicznych cząsteczek swoje ciała, by były widzialne. Odczuwają ogromne pragnienie, by zaznać choć odrobinę miłości, jednak ich ciała są martwe. Poszukują czegoś, czego dostać nie mogą i nieustępliwie w tym trwają. Były z tego powodu wściekłe, uważały że zasługują na więcej, że Los okrutnie je skrzywdził, tworząc je takimi jakimi są. Dlatego powstał plan, by ulepszyć rasę. Sprawić, że Driady nie będą tylko duszami w drewnianej powłoce, a normalnymi istotami, ciepłymi, pachnącymi kwiatami, a nie zgniłą ziemią. Będą odczuwały fizyczne przyjemności, którym będą mogły oddawać się bez końca. Jestem częścią zrealizowanego planu. Efektem naginania praw natury, magii i chciwości Driad. Nie powinienem istnieć, nie powinienem w ogóle się narodzić. Nie dlatego, że odczuwam nienawiść do siebie czy swojej matki. Po prostu jest to fizycznie niemożliwe. Driady nie posiadając własnego ciała, nie mają rozrodczych predyspozycji. Nie potrafią zajść w ciąże, nie potrafią dać nowego życia. Jednak w jakiś sposób to obeszły. Znalazły zaklęcie czy eliksir, który przystosował ich ciała na jedną, dla nich zdecydowanie zbyt krótką chwilę, by stały się bardziej ludzkie. Przestały być zwykłą roślinnością z pragnieniami, w którą ktoś wpakował duszę. Moja matka pod wpływem tej magii uwiodła mężczyznę, którego uznała za najlepszego do ulepszenia rasy. Silnego, posiadającego w sobie potężną magię, posiadającego ogromną wiedzę o tym co znajduje się w Puszczy. Z owocu tego „związku” zrodziłem się ja. Oczywiście moja matka nie miała żadnego instynktu macierzyńskiego, więc zaraz po moich narodzinach porzuciła mnie w Puszczy, uważając, że doskonale sobie poradzę. W końcu jestem ulepszoną driadą - zaśmiał się szyderczo, poprawiając w swoich ramionach Atraviela, który zasłuchany  w opowieść Nive, zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że mógł ułożyć się w niewygodnej pozycji, po której będzie odczuwał ból całego ciała. - Znalazła mnie jedna niedźwiedzica, której dopiero urodziły się młode. Była jednak zbyt stara, więc młode były słabe i wkrótce po tym zdechły. Nie pamiętam jej też za dobrze, zmarła dawno temu. Zadbała o to, bym w miarę dojrzał i usamodzielnił się, a musiałem zrobić to w naprawdę młodym wieku. Gdy dorosłem i stałem się strażnikiem Ishar, matka przypomniała sobie o planie. Uznała, że to doskonały czas, by zrealizować jego dalszą część. Czyli znaleźć dla mnie partnerkę, z którą spłodzę nowe potomstwo. Będzie matką nowej rasy driad, która nie będzie tak zależna od Puszczy. Wybór padł na Lorelei, jest najmłodsza, silna, ma wiele pomysłów. Tak przynajmniej próbowała wytłumaczyć mi to matka, bym zgodził się na realizację planu. Odmówiłem - westchnął nagle zmęczony tym wszystkim. Poczuł na swoich barkach ciężar ty wszystkich lat, opierania się planom driad i unikania ich kolejnych, coraz to niebezpieczniejszych pomysłów i wizji realizacji. - Niestety, byłeś świadkiem tego, że mimo upływu czasu, one wciąż pozostają nieugięte i próbują dopiąć swego. Raz im się prawie udało. Nie biorę od nich żadnego trunku ani pożywienia, więc mnie odurzyły aromatem czydrzycy, która nawet nie rośnie w okolicy Ishar. Na ich nieszczęście nie mogłem ani zacząć, ani skończyć.
- Uuuaaaa - wydał z siebie At, aż za dobrze pamiętając scenę "pocałunku", jakiej był świadkiem. Wzdrygnął się przy tym silnie i mocniej wtulił w druida, odczuwając sporą dozę złości i łypiąc w stronę ściany drzew, gdzie słyszał od czasu do czasu znajome, nieprzyjemne szmery. Obudziło się w nim dziwne uczucie krzyczące w nim wręcz: "MOJE! Nie oddam!". Było ono o tyle dziwne, że odczuwał je pierwszy raz w życiu i nie do końca je rozumiał. Zaczynał się jednak przyzwyczajać, że sporo ostatnimi czasy było dla niego nowością. Z pomocą starszego mężczyzny jednak jakoś sobie z tym radził...