sobota, 2 stycznia 2016

Promienie słońca

1 Strathus, 654 rok drugiej ery.
Już jakiś czas temu Nive dostrzegł, że od pojawienia się chłopaka, wszystko jakby się zmieniło. Może nie sama Puszcza, co nastawienie Druida do otoczenia. Przestał być posępny, markotny. Mniej warczał, a częściej znosił wszystko z pogodą ducha, o którą żadna istota nigdy by go nie podejrzewała. Zaczął widzieć sens w swojej pracy, robił to mniej mechanicznie. Chętniej pomagał, zaczął więcej dostrzegać, choć obchody zajmowały mu paradoksalnie mniej czasu. Jedynym co nie uległo zmianie, to nastawienie Nive do driad. Wciąż za nimi nie przepadał równie mocno co wcześniej, a nawet to uczucie się tylko pogłębiło.
Atraviel niemal całkowicie wrócił do zdrowia i tylko blednące blizny i sporadyczny, lekki ból w zrośniętych miejscach przypominał mu o tym jak niedawno otarł się o śmierć. W przeciwnym razie mógłby przysiąc, że zdarzyło się to nie ledwie półtora tygodnia temu, a całe długie miesiące.
Puszcza, odcięta od świata i jego problemów zdawała się żyć swoim własnym rytmem, zmieniając długość dni, manipulując porami roku tak, by owoce miast dopiero się zawiązywać zdobiły obficie wątłe na pozór gałązki krzewów. Sam las był ciepły, wilgotny, wciąż zielony, mimo tego nie można było wyczuć zaduchu, jaki panował nad wyraz często w podobnych miejscach. Choć pozbawiony ludzkiej ręki, dziki i nieprzystępny, leśny gąszcz był nadzwyczaj czysty. Próżno było tu szukać grzęzawisk, w których tonęło truchło leśnych stworzeń, wypalonych polan i poskręcanych groteskowo sczerniałych pni, dowodów niedawnych pożarów. Nawet obalone pnie wiekowych drzew gdy nadchodził ich czas i oddać musiały to co poprzez korzenie stało się ich ciałem, robiły to w sposób łagodny i spokojny, obrastając zielonym kocem mchu i różnobarwnych porostów. Nie stawały się bezkształtną, rozpadającą się masą toczoną przez robactwo. Wszystko wydawało się tu uporządkowane, uzasadnione i łagodne, nawet jeżeli była to śmierć, to tutaj nie wydawała się wcale końcem, a jedynie początkiem czegoś innego.
Jasnowłosy chłopak czuł się w tym miejscu niezwykle. Po raz pierwszy w życiu stał się spokojny. Nie odwracał się za siebie na każdym kroku, nie dbał, by zawsze za jego plecami była lita ściana, a w trzech pozostałych kierunkach drogi ucieczki. Nie czuł już ciężkiego, gorącego oddechu pogoni i lodowatych okowów strachu. Tliły się w nim jednak inne uczucia. Najmocniejsze z nich żywił do Nive.
Druid stał się dla młodzika swego rodzaju kotwicą, mostem łączącym go z tym miejscem, ciepłym murem zapewniającym bezpieczeństwo i spokój. Ale i czymś znacznie więcej. At po raz pierwszy poznał ten irracjonalny, wywołujący niemal politowanie rodzaj tęsknoty, która zwykła męczyć umysł ciągłym "długo jeszcze?", by ten w końcu zaczął się z nią otwarcie kłócić stwierdzając oczywiste "przecież dopiero wyszedł", "wróci za kilka godzin". Było to jednak silniejsze od niego, nawet jeśli starał się z tym jakoś walczyć. Na początku nawet nieco przerażało, jak i wszystkie nowe odczucia.
Najgorzej przyszło się młodzikowi oswoić z tym co wyprawiało jego ciało. Tym jak serce łopotało mu w piersi, zupełnie jakby było wróblem schowanym w skórzanym worku, który starało się rozerwać. Policzki go piekły ledwie druid obrzucił go dłuższym spojrzeniem, a całe ciało dygotało i oddawało się chętnie wszystkiemu czego Nive pragnął. Nawet więcej! Samo szukało bliskości, wyginało usta w zalotnym uśmiechu, przyspieszało oddech, gnało w stronę starszego mężczyzny, by krótkim dotykiem sprowokować pieszczoty.
Tego dnia Atraviel po raz pierwszy ruszył na pełen obchód z Nive. Wcześniej jego spacery po lesie ograniczały się do niedługich wycieczek, gdy chłopak pomagał druidowi zbierać blisko rosnące zioła i nabywał przy okazji wiedzę o nich. Później on wracał do chaty, a Nive szedł dalej, by spełniać swój obowiązek jaki miał wobec tego miejsca i jego mieszkańców.
Tym razem opiekun Ishar nie bał się o swojego młodego kochanka. Widział aż nazbyt wyraźnie jak sama Puszcza zaczęła traktować jasnowłosego. Dostrzegał wyraźnie, że akceptowała go niemal w pełni, nie mamiła, nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, sprawiała, że ścieżki zawsze były łatwe i bezpieczne, nawet jeżeli sam At wciąż nieco się obawiał i starał jak mógł trzymać blisko starszego mężczyzny, tak na wszelki wypadek.
Zatrzymali się na obsypanej kwieciem łące, na której Nive przykucnął, badając dokładnie miejsce, w którym ziemia wyglądała inaczej. W tamtym miejscu kwiaty były wątłe, wpół suche. Druid zaczął szeptać coś, czego Atraviel nie mógł zrozumieć. Aż nadto jednak rozpoznał irytację w jego głosie i ciężkie westchnienie.
- Coś się stało? - spytał At, ostrożnie siadając obok druida i wyciągnął dłoń w stronę jednego z wątłych pąków. Wtedy stało się coś, za sprawą czego chłopak gwałtownie cofnął dłoń, zaskoczony. W mgnieniu oka bowiem kwiat otworzył się i obrócił rumiane płatki w stronę jasnowłosego, a przy okazji przeciwną niż padały promienie słońca przeciskające się przez korony drzew otaczających polanę i rozpinających nad nią swoje długie gałęzie.
- Nie odsuwaj się - poprosił cicho Druid, przytrzymując rękę Atraviela. Przyglądał się zdumiony roślince, która wdzięczyła się do dłoni jasnowłosego. Wyginała kruchą łodyżkę, stroszyła drobne listki, rozkładała rumiane płatki, by być jak najbardziej widoczną. Szukała najkorzystniejszej pozycji dla siebie, by to ją Atraviel uznał za najpiękniejszą i nie myślał nawet o odsunięciu od niej dłoni. Była spragniona magii pełnej ciepła, którą posiadał w sobie młodzieniec. Zresztą nie tylko ona była jej złakniona cała Puszcza. Usychała powolnie, umierała i tylko silna magia była w stanie ją ocalić. Nie miał jej w sobie Nive, nie w takich ilościach, które potrzebne były, by na powrót ożywić to miejsce.
- Już wystarczy, jesteś piękna - mruknął ciepło Nive, dotykając delikatnie jasnych płatków. Roześmiał się, gdy ledwo różowe płatki stały się intensywnie czerwone, a sam kwiat skulił nieco swój kielich, stając się drobniejszą. - Zarumieniła się - wyjaśnił, gdy kątem oka dostrzegł zaskoczoną minę kochanka.
Mimo swojej próżności kwiaty Norei cechowała pewna doza nieśmiałości. Ich wdzięczenie się i kwieciste zaloty były jedynie stwarzanymi pozorami, by uzyskać więcej słońca niż faktycznie mogły dostać.
Atraviel słysząc słowa Druida, mimowolnie uśmiechnął się. Puszcza była niezwykła i z każdym kolejnym dniem coraz bardziej go fascynowała, a myśl, że któregoś dnia będzie musiał ją opuścić, ciążyła mu na sercu, ściskając je boleśnie i pozbawiając życiodajnego rytmu. Pokochał to miejsce, gdzie każda roślina posiadała własną duszę. Świadomość, która sprawiała, ze były tak od siebie różne, cechujące się własną indywidualnością. Nie były zwykłymi, pustymi i pozbawionymi życia roślinami, które tylko pięknie wyglądały. Nie wystarczyły im promienie słońca czy odrobina wody, by przetrwać długie miesiące i lata. Potrzebowały specjalnej opieki, pomocy w różnych dolegliwościach, rozmów z innymi istotami. Śpiewały całymi dniami pieśni, których zwykła istota, nie będąca ściśle powiązana lasem, nie mogła usłyszeć. Taką istotą był właśnie At, jednak widząc rozpogodzoną twarz Druida mógł domyślić się, że przestały odmawiać współpracy, a nawet podzieliły się wiedzą o swoich dolegliwościach ze strażnikiem.
A to wszystko dzięki niemu. At przybliżył dłonie do kwiatka, który na nowo giął się ku niemu. Oczyma wyobraźni widział na jej miejscy drobną dziewczynę, która trzepotała zalotnie rzęsami i nawijała na palec kosmyk płomiennych włosów. Ta wizja nie przerażała go, nie wywoływała żadnych negatywnych odczuć. Kwiaty Norei były przepiękne w całej swej filigranowej istocie, więc ich ludzka wizualizacja nie była odstręczająca. Przynajmniej dopóki nie staną się Driadami. Na samą myśl o boginkach wykrzywił się z niezadowoleniem. Za kilka set lat te śliczne i urocze kwiaty staną się wcale nie uroczą istotą.
- Rozchmurz się, skarżą się - wyszeptał Nive do ucha Atraviela, pochylając się nieco ku niemu. Mężczyzna cieszył się, że zabrał kochanka ze sobą do lasu. Początkowo chciał pokazać mu tylko miejsce swojej pracy, jak to wszystko wygląda, co robi każdego dnia, gdy znika na długie godziny. Teraz jednak zastanawiał się czy nie powinien zabierać go ze sobą każdego dnia. Był pomocny, nawet bardzo. Od dwóch dni próbował wyciągnąć co dolega tym roślinkom, jednak one uparcie milczały. Mamrotały, że jest im zimno, że są niezadowolone, że jest ciemno. Wspiął się dla nich na najwyższe drzewa i pomógł im ułożyć gałęzie tak, by padało więcej światła na polanę bez konieczności łamania ich. Jednak nawet to nie pomogło. Zupełnie nie przyszedł mu do głowy fakt, że skoro Nive czuje od kochanka słońce i sam przy nim rozkwita, spragniona magii Puszcza również go tak odbierze.
Wyjął pustą fiolkę z torby i dwie wypełnione bezbarwnym płynem. Szybko zmieszał je ze sobą, a gdy początkowo pozbawiona barwy ciecz stała się zielona, skraplał delikatnie ziemię tuż przy łodyżkach kwiatków. Miał sporo szczęścia, że było to na niewielkim obszarze, dzięki czemu upora się z tym, w krótkim czasie.
- Co się stało? - powtórzył pytanie At, mając na myśli zarówno reakcję Norei na jego obecność, jak i samą dolegliwość kwiatów, która spędzała Druidowi sen z powiek.
- Był tu człowiek, wbił w to miejsce zatrutą strzałę, której trucizna rozeszła się po glebie i uszkodziła część roślin. Puszcza była w stanie szybko zareagować, jednak nie na tyle szybko, by obeszło się bez ofiar - mruczał cicho, skupiając się na swoim zadaniu. Z wdzięcznością przyjął pomoc młodego kochanka, który odgarniał listki Norei, by substancja trafiła prosto na suchą glebę. - A jeśli pytasz o ich reakcję… Twój zapach, przepełniona ciepłem magia, jasne włosy i błękitne roziskrzone oczy, sprawiają że przypominasz słońce na błękitnym bezchmurnym niebie. - Wyprostował się i spojrzał z uśmiechem na zarumienioną twarz młodzieńca, nieprzywykłego do miłych słów. Wyciągnął dłoń w jego kierunku przeczesując między palcami miękkie kosmyki. Miał ochotę przygarnąć go blisko siebie, objąć, pocałować, muskać dłońmi jasną skórę. Już pochylał się w jego kierunku, delikatnie przytrzymując dłońmi twarz kochanka w miejscu, by spełnić choć część swoich fantazji, gdy usłyszał przeciągły wrzask w akompaniamencie szumów i pisków niezadowolonej Puszczy. Westchnął ciężko, odsuwając się od chłopaka i wstał, otrzepując się z resztek trawy i ziemi. Wciąż miał niedokończone zadanie.
Spakował szybko rzeczy do płóciennej torby i wyciągnął dłoń do kochanka, by pomóc mu podnieść się z podłoża. Pociągnął go w sobie tylko znanym kierunku, przedzierając się przez kolejne warstwy drzew i przemierzając kolejne, mniej lub bardziej rozległe, polany. Nie zatrzymywali się, by podziwiać widoki, choć szedł zdecydowanie wolniej, pozwalając, by Atraviel mógł uważnie rozejrzeć się po otoczeniu. Zapamiętać każdy najmniejszy szczegół, każdy głaz otulony mchelną kołdrą przyozdobioną drobnymi kolorowymi kwiatkami.
Nie puszczał także jego dłoni, choć nie było potrzeby, by przez cały czas trzymał go blisko siebie i strzegł. Puszcza zaakceptowała Atraviela, wiele roślin wręcz go pokochało i łaknęło jego obecności. Swoją magią i wewnętrzną dobrocią skradł serce Ishar (hue hue, sercem jest Nive, hue hue XD). To miejsce mogłoby stać się dla niego domem, gdyby tylko zechciał zostać. Choć Nive widział, jak At spogląda czasami tęsknie w las, jakby szukał drogi, którą może stąd uciec. Dlatego Druid także miał obawy przed tym, by zabierać na obchód kochanka ze sobą. W końcu oznaczało to pokazanie lasu, każdego jej zakamarka. Poznałby drogę by stąd odejść, zwłaszcza kiedy Ishar była tak bardzo mu przychylna. Niczego by nie utrudniła, nie zatrzymywałaby go, nie sprzeciwiłaby się jego woli.
Zatrzymał ich przed ogromnym drzewem, do którego przywiódł go cichy śpiew lasu. Na pierwszy rzut oka wydawało się ono zdrowe i silne, zwykłe drzewo któremu nie działa się żadna krzywda. Stało pośrodku polany, wznosiło się majestatycznie nad innymi drzewami, które przyćmiewała swoim ogromem. Pokryta porostami i mchem, które stanowiły dlań leśną pelerynę, dodającą wyłącznie dostojności. Była jednym z najstarszych drzew, najmądrzejszych, najbardziej oddanych puszczy. Zarazem była jedną z nielicznych, która nie przekształciła swojej duszy w Driadę, nie dała życia nowemu istnieniu, zachowując w pełni swoją świadomość.
Obszedł uważnie całe drzewo, gestem prosząc kochanka, by został w miejscu. Wiedział doskonale po co się tu znalazł i chciał oszczędzić tej wiedzy kochankowi. Przeżył wystarczająco wiele, by dostarczać mu kolejnych negatywnych wspomnień.
Puszcza już nad ranem wszczęła alarm o intruzie na ich terytorium. Domyślał się, że to właśnie Wierzba powstrzymała go przed dalszymi poszukiwaniami. Powietrze w tym miejscu było chłodniejsze, otaczała ich złowroga aura, która wywoływała na ciele gęsią skórkę. Wbrew stwarzanym pozorom wyraźnie dało się odczuć, że stało się coś złego.
Nive poczuł delikatny zapach krwi, zmieszany z wonią wilgotnej gleby i porannej świeżości skroplonej na młodziutkich liściach. Jego oczom zaś ukazało się to, co pozostało z obcego w tym miejscu mężczyzny. Poskręcane zwłoki, nie przypominające już zwalistego, silnego ciała, którym były, zanim Wierzba pochwyciła je w swoje objęcia. Wystarczyło, że stopa nieszczęśnika utknęła między korzeniami, a nie było już ucieczki, ratunku. Nie, jeśli Ishar tak postanowiła. Korzenie Wierzby poruszyły się, oplatając ciało coraz bardziej, mocniej. Wyciskały z płuc powietrze, by następnie wpijać się w ciało do chwili aż to zaczynało puchnąć i pękać, rozrywane ciśnieniem krwi, przebijane łamanymi z głuchym trzaskiem kośćmi. Trzaski te jednak długo zagłuszał krzyk łowcy. Najpierw ten wściekły, gdy nie wiedział co go czeka, gdy przeklinał swoją nieostrożność. Później nadszedł czas na błaganie o pomoc, a gdy ta nie nadeszła, pozostało tylko pełne bólu wycie, świadectwo agonii.
Druid zerknął na Atraviela, upewniając się, że posłuchał jego prośby i został w miejscu.
Stał dokładnie tam, gdzie Nive go zostawił, nie poruszył się ani o krok, choć cała jego sylwetka zdradzała zniecierpliwienie i chęć ruszenia się stąd, udania za Druidem i zobaczenia, co ukrywa przed nim mężczyzna. Siłą woli powstrzymywał się od drążenia czubkiem buta dziury w ziemi czy bezmyślnego wyrywania źdźbeł trawy. Rozglądał się nerwowo po otoczeniu, bojąc się, że gdy tylko Nive całkiem zniknie z pola widzenia, Puszcza przypomni sobie, że jest intruzem na tej ziemi i… Pokręcił szybko głową, odganiając od siebie te myśli. W końcu gdyby Nive nie miał pewności, że zostawiając go na chwilę nic mu się nie stanie, zabrałby go ze sobą. Nie poprosił, by został tutaj.  Wychylił się lekko w bok, próbując dostrzec co takiego znajduje się za grubym pniem. Nie mógł zobaczyć jednak więcej niż szybkie i gwałtowne ruchy Nive, zdradzające pośpiech i zdenerwowanie.
Strażnik Puszczy zaś w pośpiechu usuwał wszystko co mogło stanowić potencjalne zagrożenie dla mieszkańców Ishar. Korzenie i nasiąknięta krwią ziemia z chęcią oddawały metalowe płyty, poskręcane, o ostrych krawędziach mogących stać się pułapką dla nieostrożnego mieszkańca lasu. Sterta pogiętej blachy ledwie jedynie przypominała bogaty, solidny pancerz łowcy, zdobiony niegdyś wytrawionym kwasem, zawiłym wzorem. Również miecz, niegdyś ostry i śmiercionośny ugiął się pod siłą wiekowego drzewa, pękł, zmieniając się w kolejny kawałek złomu. Nawet liczne klamry, groty strzał, wszystko to ułożone zostało pieczołowicie w bezkształtny stos, ociekający krwią i zlepiony wilgotną glebą. Wciąż niosący groźbę, lecz widoczny teraz, by Nive mógł zawlec go na skraj Puszczy. Oddać ludziom to, co wnieśli do tego świata, a co znaleźć się w nim nie powinno. 
Zrobi to jednak później. Teraz miał jeszcze dużo pracy, teraz ktoś inny wymagał leczenia, uwagi. Otarł więc dłonie w zroszoną mżawką roślinność, tak by zmyć z nich choć krew i wstał. Wiedział, że przyjdzie mu nadłożyć drogi, przyjść tu po raz drugi, zabrać to, co Wierzba znów oplotła klatką ze swych wici, chroniąc przed tym inne istoty. Nie chciał jednak, by wpatrujące się w niego ze zniecierpliwieniem, błękitne oczy ujrzały jak wiekowe drzewo znów rusza swe korzenie, pochłania zmasakrowane zwłoki, by wyciągnąć z nich resztki życia i magii. 
- Idziemy dalej - rzucił druid, siląc się na uśmiech i prowadząc Atraviela może nieco zbyt szybko, kolejną z leśnych ścieżek. Chciał się oddalić, pozostawić za sobą chłód i ciężar towarzyszący śmierci. Jak najprędzej zmyć z siebie odór krwi, mając nadzieję, że jego kochanek nie zdoła go wyczuć. Tak bardzo chciał go chronić, odciąć wreszcie od świata, który wyrządził mu tak wielką krzywdę, sprawić, że zapomniałby o tym i na stałe porzucił lęk i  niepewność co do swego losu. Tutaj było jego miejsce, tutaj był bezpieczny, tu, gdzie on mógł go chronić, jak chronił wszystko co było mu drogie. 
Atraviel jednak wiedział. Nie trudno mu było się domyślić. Wystarczył zapach, lekki dźwięk metalowych części stykających się ze sobą. Miał nawet podejrzenia kim był zmarły. Zwykli wieśniacy czy choćby kłusownicy nie nosili wzmacnianych stalowymi płytami pancerzy, nie mieli naramienników z wytrawianymi na nich gadzimi oczyma. Mimo to chłopak był niezwykle wdzięczny druidowi. Czuł ciepło wokół serca na myśl o tym, że mężczyzna chciał go chronić. 
Gdy doszli do niedużego strumienia Nive przykląkł na brzegu, by móc umyć ręce, gdy wyprostował się ponownie poczuł, jak ramiona Ata oplatają się wokół niego, gdy chłopak wtulił policzek w jego szerokie plecy. 
- Dziękuję - wyszeptał jasnowłosy.
- Za co? - Druid nie mógł powstrzymać uśmiechu i choć miał ogromną ochotę obrócić się i przyciągnąć Atraviela do siebie, nie zrobił tego.
- Za wszystko, a najbardziej za to, że mogą tutaj być... z tobą - At mocniej wtulił się w silne, ciepłe ciało mężczyzny. Było mu tutaj tak dobrze... 
Nive odetchnął głęboko, dłonią przykrywając szczupłe palce, zaciskające się na przedzie koszuli. Pogładził kciukiem wierzch dłoni kochanka, przeklinając w duchu swoją słabą wolę. Nie rozumiał dlaczego nie potrafił się oprzeć Atravielowi. W końcu to on był starszy, miał więcej doświadczenia życiowego i to on z ich dwójki był Driadą. Więc dlaczego jasnowłosemu z taką łatwością przychodziło owinięcie sobie Nive wokół palca? Druid miał wrażenie, że niekiedy nie działa to w drugą stronę. Ale nie potrafił narzekać. Nawet nie chciał.
- To ja powinienem ci dziękować - wymruczał odwracając się przodem do kochanka. Przygarnął go mocno w swoje ramiona i wtulił nos w pachnące słońcem jasne włosy. W duchu przepraszał Ishar za opóźnienia, jednak nie był w stanie dłużej walczyć z pragnieniami swojego ciała. Ciała które wręcz wołało o bliskość i ciepło tego drugiego. - Cieszę się, że zaufałeś mi, bym mógł cię opatrzyć i zająć się tobą. Że nie uciekłeś, nie stawiałeś oporu, nie próbowałeś się buntować - mruczał cicho, z każdym słowem zsuwając dłonie coraz niżej i niżej. 
Zacisnął palce na pośladkach młodzieńca, przyciskając go mocniej do swojego ciała. Ustami muskał długą szyję, z każdym kolejnym pocałunkiem zapominając o Ishar, o obowiązkach, które na niego czekały. Zapominał o otaczającym go świecie, oddając się w pełni gorącu, które pochłaniało ich ciała. Więziło w płomiennej klatce i nie pozwoliło wydostać się, póki całkiem nie spłoną w tym ogniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz