- Kłamiesz - wyszeptał Atraviel, na przekór swoim słowom i sporej części siebie, tuląc się mocno do Nive.
Chłopak tak bardzo pragnął bliskości druida, tak bardzo chciał, żeby to co usłyszał było prawdą... przynajmniej ta pierwsza cześć, bo to co kończyło wypowiedź mężczyzny, rozdarło jego serce na dwoje. Dlaczego wszystko musiało się nagle stać takie trudne? Dlaczego tak bardzo musiało boleć? Choć raz wszystko mogłoby się tak zwyczajnie, po prostu poukładać. Ten jeden jedyny raz życie mogłoby oszczędzić mu musu wyboru.
Chłopak tak bardzo pragnął bliskości druida, tak bardzo chciał, żeby to co usłyszał było prawdą... przynajmniej ta pierwsza cześć, bo to co kończyło wypowiedź mężczyzny, rozdarło jego serce na dwoje. Dlaczego wszystko musiało się nagle stać takie trudne? Dlaczego tak bardzo musiało boleć? Choć raz wszystko mogłoby się tak zwyczajnie, po prostu poukładać. Ten jeden jedyny raz życie mogłoby oszczędzić mu musu wyboru.
- Nie waż się nawet tak myśleć - powiedział Nive ostro, ujmując twarz młodzieńca i zmuszając go, by na niego spojrzał. On sam także pragnął patrzeć mu w oczy. Te śliczne, błękitne studnie, pełne ciepła i pulsujące mocą, teraz zaczerwienione, popuchnięte od strug słonych łez.
Coś w sercu mężczyzny zakuło, zwinęło się, skręciło i opadło, ciążąc niesamowicie, gdy wpatrywał się w jasne źrenice w kolorze bezchmurnego nieba, z których wyzierał teraz ból. Tak bardzo pragnął, by znów na tym niewielkim niebie zaświeciło słońce, niosąc znów radość i ciepło. Nie wiedział jednak jak tego dokonać. Cóż miał zrobić? Co powiedzieć? Jakąkolwiek drogę by wybrał wydawała się ona tak samo zła jak wszystkie. Nie mógł zatrzymać tu Atraviela, widział przecież, że chłopak pragnie ruszyć... Nie mógł iść z nim nie narażając siebie i Ishar, a myśl o wypuszczeniu jasnowłosego samego... Ta myśl była czymś okropnym. Sprawiała, że Nive znów widział zwinięte w kłębek, słabe, poranione ciało jasnowłosego, leżące na brzegu rwącej rzeki. Widział znów powstrzymywane, perlące się łzy w kącikach jego oczu, gdy opowiadał o tym co przeżył, jak przyjął go świat i jak próbował zniszczyć to czym był. A przecież At był kimś zaiste pięknym, cudownym w swojej naturze, bogatym mocą magii i pragnieniem zrozumienia.
- Nigdy, przenigdy bym cię nie okłamał - dodał Nive, wciąż wpatrzony w swego kochanka, istotę tak mu drogą. - Nigdy - powtórzył i starł kciukiem łzę, która spłynęła po policzku Atraviela.
At odruchowo sięgnął do twarzy, starając się zetrzeć niechcianą wilgoć. Nie chciał, by druid widział go takiego, płaczącego, słabego i rozbitego. W końcu od zawsze musiał być silny. Od zawsze stał naprzeciw tego co zgotował mu los z tytułu samego jego urodzenia. Brak akceptacji, ukrywanie się, niechęć i pościgi, nawet opuszczenie domu. Wszystko to przyjął, być może z żalem ściskającym serce, ale dzielnie, nie pozwalając by go to złamało. A teraz? Pozwolił sobie na coś takiego. Cała jego siła nagle gdzieś zniknęła. Stał się chłopcem, który nie rozumiał dlaczego musi być sam. W pewnym sensie go to przeraziło... To jak szybko zdołał pokochać to miejsce, jak szybko zaczął być jego częścią i jak szybko Nive stał się częścią jego życia.
- Przepraszam - wybełkotał słabo, starając się zwalczyć szloch, który wrócił niespodziewanie, by targnąć znów jego ciałem wraz z tym, jak w jego myśli wkradło się poczucie winy. Zrozumiał jak pochopnie zareagował, a widok licznych rozcięć i zadrapać na ciele druida tylko bardziej utwierdziła go w przekonaniu, że zachował się jak głupiec. - Bardzo cię boli? - spytał, muskając opuszkami palców głębokiego rozcięcia, z którego sączyła się krew.
- Znam bardziej bolesne rzeczy - wyszeptał Nive czując znów ten ciężar na sercu. - Nie płacz, proszę - dodał, znów gładząc policzek kochanka.
- Nie płaczę! - burknął Atraviel stanowczo, wbrew sobie siąpiąc nosem i ocierając policzek. - Jest mi tylko zimno - dodał pospiesznie, pragnąć się usprawiedliwić.
Nive uśmiechnął się i szarpnął za swój skórzany płaszcz, by móc okryć nim i siedzącego mu na kolanach blondyna. Bez względu na to jak bardzo było mu niewygodnie, ile bólu sprawiały mu rany, nie potrafił zmusić się do tego, by wypuścić z objęć szczupłe, dygoczące wciąż ciało. Jego usta same znalazły usta Atraviela, by móc złączyć się z nimi w delikatnym, słodkim pocałunku. Oboje tego właśnie teraz potrzebowali. Znów czuć swoją bliskość i ciepło, znów być razem. Zgodni, spokojni, pewni tego, że jest między nimi coś, czego rozerwać już nie można, co z nimi zostanie, nawet jeżeli ich drogi miałby się rozejść.
Sama Ishar także tego potrzebowała. Chciała, by jej Serce i Słońce znów były razem, dając sobie wzajemnie siłę, która miała być i jej siłą.
Niebo ponad Puszczą rozjaśniło się, gdy Atraviel poprawił się w objęciach czarnowłosego, siadając na nim okrakiem i pogłębiając pocałunek. Tak niewiele było mu trzeba, by jego ciało zareagowało pragnąć czegoś więcej niż drobne muśnięcie warg.
Nive syknął, gdy pokaleczona dłoń zawadziła o klamrę skórzanego pasa, który At nosił na biodrach.
Młodzieniec ujął jego dłonie w swoje, spoglądając na nie ze smutkiem. Szybko jednak sięgnął do torby, którą druid zawsze nosił przy sobie i wyjął z niej kawałek płótna, który skropił następnie ziołowym płynem. Płynu tego starszy mężczyzna zwykł używać do przemywania drobnych ran. I tym razem do tego posłużył, gdy Atraviel delikatnie obmył poszarpaną, pokaleczoną skórę na dłoniach Nive, później i inne zadrapania, które był w stanie dojrzeć. Te były już mniej groźne, płytkie i same zaczęły się wygajać dzięki sile żywotności Strażnika Puszczy.
Ponownie jasnowłosy sięgnął po duże dłonie swego kochanka, delikatnie je przytrzymując i wyzwalając drzemiącą w jego ciele magię.
Rany na dłoniach Nive zasnuła delikatna, świetlista mgiełka rozpraszająca pozostałe wokół nich cienie. Tam gdzie wniknęła w ciało zasklepiało się ono. Fragment po fragmencie brzegi ran łączyły się ze sobą, sprawiając, że skóra na powrót była jednolita i mocna. Jedynie nieduże zaróżowione pręgi pozostały świadectwem niedawnych uszkodzeń.
Leczenie nigdy nie było czymś łatwym. Ciało bowiem było czymś nader skomplikowanych. Mięśnie, naczynia krwionośne, kości, skóra. Wszystko to należało łączyć osobno, w odpowiedniej kolejności. Wszystko przesycić należało magią, by ta mogła odwrócić nieco bieg czasu.
At zaczerpnął powietrza, mrużąc oczy, gdyż świat wokół niego zawirował lekko z chwilą, gdy z ciała druida zniknęły co głębsze skazy. Nive wyczuł jego słabość, znów przyciągnął go do siebie, tuląc ostrożnie i gładząc splątane, złote włosy.
- Nie musiałeś tego robić - stwierdził, z czułością wplatając palce we włosy kochanka i przeczesując je.
- Ale... To moja wina, że zostałeś ranny - wyszeptał chłopak mocniej wtulając policzek w pierś mężczyzny. Upajał się promieniującym od niego ciepłem, siłą i pewnością. Nive był jak wielkie drzewo o masywnych korzeniach i rozłożystych konarach. Ostoją, pewnym i stabilnym miejscem pośród wiatru i burzy. Dawał schronienie i poczucie bezpieczeństwa.
- Nie twoja... - zaprzeczył druid i uśmiechnął się gorzko zerkając w górę, na konary, które ułożyły się ponad nimi tak, by osłonić ich od wiatru i nie pozwolić strącanym wciąż z liści kroplom ich dosięgnąć. Teraz było już dobrze, co? - Ishar postanowiła mnie ukarać za krzywdzenie jej Słońca.
- Prze... - zaczął At, ale Nive przerwał mu, kładąc dłoń na jego policzku i unosząc jego twarzyczkę, by ponownie sięgnąć jego ust.
- Prze... - zaczął At, ale Nive przerwał mu, kładąc dłoń na jego policzku i unosząc jego twarzyczkę, by ponownie sięgnąć jego ust.
- Najwidoczniej mi się należało - wyszeptał, przyciągając blondyna bliżej siebie. Chciał wygonić wreszcie smutek z oczu kochanka, pokazać mu, że wszystko było już dobrze. Nawet jeżeli jedynie w tym jednym momencie.
Kolejny pocałunek, odrobina ciepła wystarczyła, by zmieniło się ono w iskrę, która z kolei owładnęła ich ciałami, budząc w nich płomień. Ich ciała splotły się w miłosnym uścisku, skryte pod baldachimem gałęzi i płaszczem z wilczej skóry. Usta łączyły się wciąż na nowo, gdy zmuszone były na chwilkę zaprzestać pieszczot, by zaczerpnąć mogli powietrza. Dłonie, szybkie, zachłanne, ale i ostrożne błądziły pośród rozchylonej ledwie odzieży, szukając dostępu do rozgrzanych ciał.
Po Puszczy przetoczył się urywany krzyk, gdy Atraviel uniósł biodra, by opuścić je następnie i wziąć swego kochanka w siebie. Chłopak uwielbiał ogień, który targał jego ciałem, sprawiając, że drżało i prężyło się, a który budził się zawsze gdy Nive wypełniał jego wnętrze. Mocno, do końca, sprawiając niemal ból. Zanim poznał to uczucie nigdy nie przeszło mu nawet przez myśl, że coś takiego może sprawić tak wiele przyjemności. Obudzić taki żar i takie pożądanie.
Droga do chaty Nive okazała się prosta i o wiele krótsza niż którekolwiek z nich mogłoby podejrzewać. Zupełnie jakby oboje krążyli wcześniej długo po leśnych śnieżkach, klucząc wciąż po okręgu. I być może tak właśnie było. To w końcu Puszcza kierowała wtedy ich krokami, dbając o to, by mimo wszystko żadne z drogich jej stworzeń nie ucierpiało znacznie.
W ciepłym, mimo niedawnej ulewy, wnętrzu mogli wreszcie odpocząć. Nive zaparzył zioła, przygotował kolację, po której, syci wreszcie, ruszyli do źródełka. Tam mogli zmyć z siebie wreszcie resztę trosk, przynajmniej na chwilę ułożyć wszystko tak, jak było przez te cenne dla nich dni. Jak co noc mogli ułożyć się razem na wąskim łóżku, które dziwnym trafem było niezwykle wygodne. Być może właśnie dlatego, że ograniczona przestrzeń zmuszała, by byli tak blisko siebie?
Nive zasnął pierwszy. Rany, choć w sporej większości wygojone, osłabiły jego ciało. At natomiast leżał na jego szerokiej piersi, przyglądając się mu. Pragnąć utrwalić obraz, zachować go na zawsze. Chciał zapamiętać męską twarz, o wyraźnych rysach, która choć z pozoru surowa była niezwykle piękna. Burzę czarnych, splątanych włosów. Silne ciało...
Decyzja, którą podjął młodzieniec nie była łatwa. Nawet opuszczenie domu było dla niego czymś w pewnym sensie naturalny. Wiedział, że to kiedyś nastąpi i po prostu musiał to zrobić. Tak było lepiej. Odejście z Puszczy natomiast było rzeczą w sporym stopniu odwrotną. Mógł tu być, mógł tu pomóc, był tu bezpieczny. To tam, poza granicami lasu był intruzem, kimś, kogo być tam nie powinno. A mimo to wstał, ubrał się i po cichu pozbierał swoje rzeczy. Pragnął ruszyć w podróż i miał ogromną nadzieję, że uda mu się jeszcze tu wrócić. Przecież kiedy dowie się tego, czego chce, kiedy sprawdzi... bez względu na to jak to się potoczy będzie już wolny. Będzie mógł spokojnie tu wrócić i już tu zostać. I zrobi to... na pewno. To też napisał na niedużej kartce, którą zostawił na stoliku. Odwrócił się jeszcze, by złożyć na ustach druida ostatni, przelotny pocałunek i wyszedł w mrok nocy, który gdzieś w oddali, powoli ustępował pierwszym promieniom budzącego się z wolna słońca.
13 Strathus, 654 rok drugiej ery.
13 Strathus, 654 rok drugiej ery.
Nive obudził się gwałtownie, słysząc przeciągły warkot w pobliżu.
- At? - spytał, rozglądając się po chacie. Gdy nie ujrzał kochanka zerwał się w pośpiechu z łóżka i wybiegł przed budynek, bojąc się, że ów warkot mógł być zwiastunem zagrożenia, które czyhało na młodzieńca.
- Idioto! - warknęła driada, gdy tylko Nive przekroczył próg chaty.
- Gdzie jest At!? - ryknął druid w odpowiedzi, zaniepokojony obecnością jednej z boginek, nawet jeżeli była ona jego matką.
- Pozwoliłeś mu odejść! Nie upilnowałeś go! - wrzeszczała kobieta, a jej, przypominające wężowe, sploty kłębiły się i ocierały o siebie sprawiając, że powietrze drżało od chrzęstu zdzieranej kory. - Nie po to Ona kazała ci go znaleźć i utrzymać przy życiu, żeby je teraz postradał.
- Ale... - zaczął Nive, chcą wyjaśnić jej, że przecież nie miał wyboru. Nie wspominając nawet o tym, że nie miał pojęcia, że jego kochanek odejdzie tak niespodziewanie.
- Jak myślisz? - zasyczała. - Dlaczego Ishar nie pozwoliła mu zdechnąć i zgnić? Dlaczego nie wypiła jego krwi posilając się magią w niej? On jest Jej potrzebny! Jest potrzebny tobie!
- Nie mogę go tu zamknąć ani z nim iść. Jeżeli opuszczę Ishar to...
- Bzdura! - Znów po Puszczy rozległ się nieprzyjemny ryk. - Nie przypisuj sobie większego znaczenia niż ci pisane. Ishar żyła zanim wydałam cię na świat i żyć będzie kiedy twoje ciało robale wydrążą.
- Jednak to dzięki mojej opiece ta Puszcza nie utraciła swojej magii - mruknął, przypominając słowa matki, które powtarzała mu przez całe jego dzieciństwo. Przecież nie mówiłaby tego, gdyby faktycznie tak nie było. Wiedział, że kiedy go zabraknie Ishar nadal będzie istnieć. Wiedział, że będzie funkcjonować, a driady znajdą dla niego zastępstwo. Jednak teraz żył, istniał, funkcjonował w tym czasie i jego zadaniem było chronienie resztek życia, które tliły się w Puszczy. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad jedną kwestią - a co jeśli sensem jego życia była ochrona nie Puszczy, a właśnie Atraviela? Słońca, przy którym wszystko rozkwitało. Na nowo jaśniało od magii, chłonęło cząsteczki i kwitło, roztaczając wokół czarującą aurę.
- Jesteś potrzebny - powiedziała driada spokojniej, wyciągając dłoń, którą położyła na ramieniu mężczyzny. Zacisnęła lekko palce, chcąc tym gestem dodać mu niejakiej otuchy. - Jesteś potrzebny Słońcu. Ishar jest w stanie bez ciebie przetrwać przez pewien czas i nie umrzeć. Wystarczająco się przysłużyłeś...
Driada nie musiała dodawać nic więcej. Nive już wszystko zrozumiał. Sam zaczął zauważać, że jego magia utrzymywała Puszczę przy życiu, ale nie potrafiła się rozwijać. Pomagał stworzeniom, kiedy stała im się krzywda, jednak sześćdziesiąt lat temu te istoty były równie nieporadne. Przetrwały. Licząc sobie mniej osobników w danym gatunku, jednak istniały, a ich rasa nawet nie stała blisko granicy wyginięcia.
- Przepuść mnie - jęknął Artaviel zdesperowany, wpatrzony w wielkiego, rudawego niedźwiedzia, który zastąpił mu drogę i powarkiwał ostrzegawczo za każdym razem kiedy chłopak choć drgnął w przód.
Opuszczenie Ishar okazało się nad wyraz trudne. Najpierw okazało się, że choć wybrał dobry kierunek, czego był pewien, wrócił dwukrotnie w to samo miejsce. Zrozumiał więc, że nie może już po prostu iść tak, jak prowadzą go ścieżki. Z zaparciem ruszył więc przed siebie, w kierunku, który sobie wyznaczył, tym razem jednak na drodze stawały mu ściany roślinności, korzenie i wszystko inne, co nagle wyrastało spod ziemi. To był jeszcze w stanie znieść, choć przedzieranie się przez kolejne krzaki przyprawiło go o słowotok, którego nie powstydziłby się szewc. Kiedy jednak po wyjściu na polanę drogę zagrodził mu potężny zwierz jęknął zrezygnowany. Nie sądził, by niedźwiedź faktycznie go skrzywdził, a przynajmniej miał taką nadzieję, ale nie zmieniało to faktu, że futrzak ryczał groźnie i świstał łapami, kiedy tylko At ruszył w kierunku innym niż powrotny.
Młodzieniec jednak, na przekór wszystkiemu postanowił się nie poddawać. Nie mógł się oczywiście bronić, zranić niedźwiedzia. Był w pełni świadom, że krzywdzenie kogokolwiek na terenie Puszczy nie wchodziło w grę. Postanowił więc użyć swojej zwinności, która nie raz mu się już przydała.
Blondyn skoczył w bok i dał susa w ścianę krzewów po lewej. Wszystko wyglądało obiecująco... do chwili, kiedy zamiast zanurkować w zieleń, został pochwycony i poderwany w górę, by zaraz później znaleźć się na ziemi. At chciał się podnieść, ale zanim to zrobił został skutecznie przywalony wielkim, kudłatym cielskiem.
- P-puść...! - wycharczał starając się chociaż poruszyć. Nie miał na to najmniejszych szans, gdy jego nowy "znajomy" ułożył się wygodnie i sapnął najwyraźniej zadowolony z siebie.
At wydał z siebie kolejny, tym razem pełen rezygnacji, jęk, czując na sobie gęste, gorące i do tego niezbyt czyste futro, które oblepiło nawet jego twarz jako, że nijak nie mógł go odgarnąć. Kolejna próba przyprawiła go jedynie o to, że zaczął go swędzieć nos.
- Pomocy... - załkał, nie wiedząc ile jeszcze przyjdzie mu tak leżeć.
At nie był w stanie zliczyć ile czasu spędził, będąc uwięzionym pod ciężkim cielskiem. Czuł, że zaczynało brakować mu tlenu. Potężny ucisk, wyciskał z jego płuc resztki powietrza, nie pozwalając organowi na nowo zapełnić się życiodajnym gazem. Oddychał płytko i szybko, próbując dotlenić komórki, które słabły z każdą chwilą, a coraz mniej powietrza docierało do każdej z nich. Ciemniało mu przed oczami, powoli tracił czucie w kończynach. Próbował resztkami sił wydostać się spod ofutrzonego stwora, jednak gdy niedźwiedź wyczuł pod sobą choć jeden ruch, zwiększał się nacisk, z którym napierał ciałem na Atraviela. Jęknął głośno, żałując, że chociażby pomyślał o ucieczce. Mógłby siedzieć teraz z Nive, oglądać wschód słońca. Cieszyć się wypiekanym przez druida chlebem, który tak cudownie smakował z miodem. Czułby delikatny dotyk dużych dłoni na swoim ciele, które chcą okazać czułość, a jednocześnie boją się że ich siła i wielkość są w stanie go skrzywdzić. Czułby ciepło drugiego ciała, osoby, która stała się dla niego tak ważna. Nie leżałby na środku lasu, przygnieciony niedźwiedziem, które mokre i śmierdzące futro atakowało zmysł powonienia. Nie miałby wrażenia, że właśnie zbliża się jego koniec. Jego świat pogrążył się w ciemności. Nie słyszał już głośnego podmuchu wiatru, niosącego ze sobą głos, wołający jego imię. Nie widział dużych dłoni i silnych ramion, które odciągnęły od jego wymęczonego ciała wielkie stworzenie. Nie widział ciemnego, umięśnionego mężczyzny, klękającego tuż obok niego, biorącego go w swoje ramiona.
Nive przez chwilę myślał, że przybył za późno. Zbyt późno, by ocalić Atraviela od szponów Ishar, która próbowała powstrzymać młodzieńca od ucieczki, zatrzymać go nim nie dotrze do niego Druid. Jednak Puszcza była niedelikatna w swych działaniach, nie zdawała sobie sprawy z tego jak kruche potrafią być niektóre istoty, jak łatwo pozbawić je życia. Dowodem na to jest dorosły samiec niedźwiedzia, który znalazł dogodne miejsce na szczupłych plecach jasnowłosego Słońca.
Druid poprawił ciało kochanka w swoich ramionach. Z ulgą zauważył, że jego pierś unosi się powoli pod wpływem oddechu. Płytkiego, lekkiego, jakby organizm zmagał się z czymś ogromnym, ciążącym i odbierającym dech, choć napływające do płuc powietrze dzielnie zwalczało problem. Nive odchylił delikatnie głowę młodzieńca do tyłu, udrożniając układ oddechowy i ułatwiając mu zaczerpnięcie głębszego oddechu. Siedział tak z Atravielem dłuższą chwilę, czekając aż kochanek zacznie swobodniej oddychać. Obejmował go mocno, odgarniając na bok jasne kosmyki, przylepione do wilgotnej od potu twarzy. Przypatrywał się pobladłemu licu z czułością, zastanawiając się, jakby się to skończyło, gdyby choć sekundę dłużej zwlekał z podjęciem decyzji.
Po słowach matki, nie poświęcił ani chwili dłużej na przemyślenia. Wezwał Ilsala i czekając na jego przybycie, zabrał się za pakowanie najpotrzebniejszych przedmiotów. Miał na uwadze to, że Atraviel przed wyprawą spakował swój tobołek, poszerzając jego zawartość o kilka rzeczy, zabranych z chaty Druida. Jednak nie stało to na przeszkodzie, by pewne rzeczy posiadać w większej ilości. Zwłaszcza, gdy były one niezbędne. Maści i opatrunki szybko się kończyły, zapasy jedzenia również. Dodatkowo ostrza miały tendencję do łamania się, tępienia czy znikania w najpotrzebniejszych momentach. Wątpił także, by jeden sztylecik wystarczył Atravielowi, by się bronić. Jego skóra jak i wiedza, były zbyt cenne, by ludzie nie zwracali na niego uwagi. Potrzebował ochrony, a Nive był w stanie zrobić wszystko, by zagwarantować mu bezpieczeństwo.
Dlatego, gdy Ilsal zjawił się u progu jego chaty, powierzył mu opiekę nad Puszczą. Pokrótce wyjaśnił co będzie musiał robić oraz wyjaśnił, dlaczego opuszcza las. Choć samemu wilkowi wystarczyłoby rzec, że „serce rwie się ku wielkiej przygodzie”, by w mig pojął co się działo w głowie Druida. Żadne inne słowa, nie były w stanie ująć tego równie dosadnie. Od lat wiadomym było, że Nive czeka ważne zadanie, jedno najważniejsze, od którego będą zależeć jego dalsze losy. W końcu, po ponad sześćdziesięciu latach, ten cel go odnalazł. A to wszystko za sprawą drobnego blondyna, który wręcz wykurzył go z chaty. Wypchnął za próg, zmusił, by ruszył dalej, w nieznane mu tereny.
Ishar pozwoliła mu iść, udać się za jasnowłosym, którego wpierw zatrzymała nim ten wyszedł poza obszar jej mocy.
Druid podłożył pod kolana Atraviela rękę, by łatwiej było mu go nieść. Podniósł się, wzmacniając uścisk na ciele kochanka, by nie wypuścić go ze swych objęć. Idąc tu, dostrzegł niewielkie źródełko, pachnące świeżością i magią, wypełniającą je po brzegi. W tym momencie było ono niemalże zbawienne dla udręczonego ciała Atraviela, do którego przylgnął niedźwiedzi odór. Zdejmował powoli z niego ubrania, uważnie przyglądając się każdemu milimetrowi jasnej skóry, szukając na niej świeżych ran lub otarć. Dostrzegł na rękach i twarzy kilka delikatnych zadrapań, będących najpewniej wynikiem przedzierania się przez Puszczę, która nie chciała wypuścić go ze swych ramion.
Wszedł do źródła ostrożnie, uważając na młodzieńca, by przypadkiem nie zanurzyć jego twarzy. Wciąż pozbawiony świadomości, wisiał bezwładnie w ramionach Nive, zdając się na siłę tkwiącą w starszym mężczyźnie. Gdyby Druid był mniej uważny, mógłby niechcący podtopić kochanka. Woda dostałaby się do płuc, a nieprzytomny chłopak nie byłby w stanie sobie z tym poradzić.
Obmywał delikatnie ciepłą skórę młodzieńca, zmywając z niej nieprzyjemny zapach. Masował okrężnymi ruchami ciało, przywracając krążenie, pobudzając je, zwracając mu utracone czucie. Woda była przyjemna, kojąca, odprężała zmęczone mięśnie, nakłaniała do relaksu. Mężczyzna korzystał z tej chwili, obejmując mocno kochanka, za którym stęsknił się, choć nie widział go zaledwie od wieczora dnia poprzedniego. Musnął ustami czubek jasnej głowy, czując jak ciepły zapach słońca staje się wyraźniejszy, przytłumiając inne aromaty unoszące się w powietrzu. Zamruczał z zadowoleniem, ciesząc się z podjętej decyzji. Właśnie teraz, będąc znów z Atravielem, dotarło do niego, że prawie go utracił. I to przez własną głupotę i upór. Odgarnął mokre kosmyki z czoła, uśmiechając się przyjaźnie, gdy zobaczył jak powieki młodzika uchylają się, odsłaniając błękitne, zamglone tęczówki, w które Nive tak uwielbiał patrzeć.
Młodzieniec zmarszczył brwi, próbując dojść do tego, jakim trafem znalazł się w tym miejscu, w objęciach ukochanego, którego zostawił pogrążonego we śnie kilka godzin temu. Rozejrzał się wokół, nie dostrzegając nigdzie wielkiego niedźwiedzia, który wcześniej go zaatakował. I mimo, że przy Druidzie czuł się bezpiecznie, poruszył się niespokojnie, bojąc się, że futrzasty gigant ponownie się zjawi i spróbuje dokończyć to, co zaczął. Cichy chlupot wody, rozbijającej się o drobne, brzegowe kamyczki, zwrócił myśli Ata na zupełnie inne tory.
- Dlaczego zawsze, gdy wraca mi przy tobie świadomość, jestem nagi? - mruknął niezadowolony, mierząc mężczyznę karcącym spojrzeniem. Nive roześmiał się głośno, radośnie, ciesząc się, że Atraviel wrócił do siebie i nie zaczął rozmowy od oskarżeń, o powstrzymanie go przed dalszą wędrówką. Blondyn zawarł w swoich słowach sporo racji, jednak mężczyzna nic nie mógł na to poradzić. To się po prostu działo.
- Masz ku temu jakieś obiekcje? - Złożył kilka drobnych pocałunków na długiej szyi, próbując załagodzić gniew kochanka, a jednocześnie sam rozkoszował się bliskością tej drugiej osoby, dla której był w stanie porzucić swoje dotychczasowe życie. - Jeśli tak, przepraszam. Usprawiedliwia mnie tylko to, że twój zapach nie był zbyt przyjemny. Chciałem temu zaradzić w sposób jak najbardziej humanitarny.
Atraviel poruszył się w ramionach druida. Obrócił do niego i usiadł mu na kolanach, tak, by móc się w niego mocno wtulić. Byli osobno tak krótko, a mimo to At całym sobą łaknął bliskości mężczyzny. Tak bardzo bał się, że w końcu braknie mu oddechu, że osłabnie, umrze... Nie to jednak było najgorsze. Nie śmierć, ciemność i ból, ale to, że nigdy już nie zdołałby się choćby pożegnać, nigdy więcej nie poczułby tych silnych, troskliwych ramion oplatających jego ciało z właściwą im ostrożnością.
- Przepraszam - wyszeptał chłopak czując, jak kąciki oczu zaczynają nieprzyjemnie piec. Nie chciał znów płakać. Nie lubił tego i walczył z tym zawzięcie. Chciał być silny, samodzielny. Nie chciał dla nikogo, nigdy więcej być ciężarem i obowiązkiem. Okazywało się jednak, że ostatnimi czasy szargają nim odczucia, nad którymi nie potrafił zapanować. Czasem było tego za dużo, wszystko kotłowało się razem, tworząc mieszankę, która przerażała go.
- Nie przepraszaj... To ja tu zawiniłem. - Druid pogładził z czułością splątane, mokre, jasne włosy. - Ten błąd łatwo naprawić... Pójdę z tobą, gdziekolwiek zechcesz.
Atraviel uniósł wzrok, zaskoczony tym co powiedział Nive.
- Ale... Mówiłeś, że... - zaczął. W tej chwili martwił się. Nie chciał by druidowi czy Ishar stałą się jakaś krzywda. Nie przez niego. - Ja... dam sobie radę i...
- Nie, At, nie puszczę cię samego - stwierdził czarnowłosy stanowczo i ujął twarz młodzieńca, żeby spojrzeć mu głęboko w oczy. - Będę cię chronił... zawsze - dodał i złączył swoje usta z ustami kochanka w pocałunku, który miał być przypieczętowaniem obietnicy.
Co prawda czytam od tego rozdziału, a nie od początku, ale już mi się podoba. I znów mówię tu szczerze, bo nigdy nie czytałam tak 'profesionalnej' książki w internetach, na blogu. Punkt dla polski! xD
OdpowiedzUsuńWiem, mój komentarz wygląda jak na wymus,a nie jakby szczerze pisany .____.
Auster
a tego to ja nie rozumiem .___.
OdpowiedzUsuńkociaola